Lądowanie w Normandii i pływające czołgi. Czym były dziwadła Hobarta?

Lądowanie w Normandii i pływające czołgi. Czym były dziwadła Hobarta?

Dodano: 
Inwazja na Normandię. Lądowanie na plaży Omaha, 6 czerwca 1944
Inwazja na Normandię. Lądowanie na plaży Omaha, 6 czerwca 1944 / Źródło: Wikimedia Commons / domena publiczna
6 czerwca 1944 roku, czyli D-Day to przełomowy dzień w trakcie II wojny światowej. Lądowanie w Normandii, największy wojskowy desant w historii, pozwoliło na otwarcie drugiego frontu w Europie. Na czele sił inwazyjnych znajdowały się pływające czołgi, gotowe do przeprowadzenia pierwszego uderzenia. Nadeszła godzina próby dla dziwadeł Hobarta.

Patrząc z dzisiejszej perspektywy na przebieg II wojny światowej widać, że rok 1944 był świadkiem wielu przełomowych wydarzeń. Najważniejszym z nich był desant połączonych sił amerykańsko-brytyjsko-kanadyjskich w Normandii. Operacja ta była nie tylko olbrzymim sukcesem marynarki wojennej i lotnictwa, lecz także broni pancernej, dysponującej całą gamą wyspecjalizowanych pojazdów, stworzonych z myślą o tym ważnym dniu.

Lekcja z Dieppe

Pierwszą próbą użycia czołgów do desantu na francuskim wybrzeżu była operacja Jubillee. Rajd ten skończył się, delikatnie rzecz ujmując, niepowodzeniem. Na szczęście (a patrząc na późniejsze losy Europy można by dodać – dla nas wszystkich), każdy detal tej operacji został szczegółowo zanalizowany. Wojskowi eksperci przyjrzeli się przebiegowi rajdu w poszukiwaniu wadliwych elementów, przyczyniających się do porażki. Niektóre problemy można było rozwiązać przez zmiany schematów organizacyjnych czy metod działania, inne jednak wymagały wdrożenia nowych rozwiązań technologicznych. W wypadku broni pancernej, poprawy wymagały obydwie dziedziny.

Użycie czołgów pod Dieppe zakończyło się niepowodzeniem z kilku powodów. Użyte maszyny dysponowały zbyt słabym uzbrojeniem, wysłano je do walki bez wsparcia i na nieprzyjazny teren, a także obciążono zbyt wieloma zadaniami. Czołgi musiały pełnić rolę ciągników, kłaść maty, wybijać przejścia w zaporach i zwalczać stanowiska przeciwnika, będąc samemu zawzięcie ostrzeliwanym z trzech stron od momentu pokazania się na rampie LCT i poruszając się po zdradliwym podłożu. Aby zwiększyć szansę powodzenia inwazji, należało rozwiązać wszystkie wyżej wymienione problemy. W przeciwnym wypadku, operacja Overlord skończyła by się większą klęską niż Dunkierka i Dieppe razem wzięte.

500 metrów do zwycięstwa.

Alianci, planując dzień D (ang. D-Day), postarali się ograniczyć ryzyko do niezbędnego minimum. Przede wszystkim, wybrano bardziej odpowiednie miejsce do lądowania. Planiści zdecydowali się na wysadzenie desantu na ciągnących się kilometrami plażach Normandii, pozbawionych wyraźnych występów wrzynających się w morze i pozwalających na zaryglowanie całej plaży ogniem flankowym. Specjalne zespoły płetwonurków zbadały grunt, oceniając jego zdolność do utrzymania ciężkiego sprzętu. Wykonano specjalne mapy wybrzeża, przedstawiające wybrane miejsca lądowania z punktu widzenia osoby znajdującej się na pokładzie jednostki pływającej. Dzięki nim każdy dowódca zespołu inwazyjnego wiedział, gdzie jego ludzie mają wkroczyć do akcji. Lotnictwo wykonało setki lotów rozpoznawczych i szturmowych, starając się rozpoznać i zniszczyć wszelkie potencjalne zagrożenia. Do wsparcia desantu zgromadzono liczne pancerniki i krążowniki, nie wspominając o mniejszych okrętach artyleryjskich i rakietowych, chcąc wgnieść obrońców w ziemię.

Wszystkie te przygotowania poszły by jednak na marne, gdyby swych zadań nie wykonały czołgi. Lotnictwo nie mogło wykryć wszystkich stanowisk, a okręty z kolei nie mogły ze stuprocentową pewnością zniszczyć wszystkich niemieckich schronów. Piechota nadal potrzebowała wsparcia broni pancernej. Gdyby czołgi ugrzęzły w normandzkim piasku i nie wydostały się na brzeg, a ich ogień nie zmusiłby Niemców do zmniejszenia ostrzału plaży, to alianckiej piechocie wyrzynanej w strefie desantu nie pomógłby najcięższy ostrzał i najzacieklejsze bombardowanie. Wszystko zależało od tego, czy czołgi zdołają przebyć 500 metrów od morza do brzegu.

Jak dostarczyć czołg na plażę?

Najprostszym i najłatwiejszym sposobem na dostarczenie ciężkiego sprzętu na plażę jest użycie dużych okrętów desantowych. Jednostki tego typu mogą bez większych kłopotów osiąść na plaży i wyładować, dzięki specjalnym rampom, czołgi czy ciężarówki prosto na brzeg. Problem w tym, że okręt desantowy stanowi wymarzony cel dla wrogich artylerzystów. Uderzające pociski mogły go zatopić lub poważnie uszkodzić, blokując w ten sposób kawałek plaży. Co więcej, jeśli rampa została zniszczona lub wyłączona z użytku, czołgi znajdujące się na pokładzie nie mogły wejść do akcji. Podobny efekt miało unieruchomienie pierwszego wozu na rampie lub tuż za nią. Duże ryzyko związane z użyciem dotychczas stosowanych okrętów LCT skłoniło konstruktorów do poszukiwania alternatywy. Okazało się nią wprowadzenie… czołgów pływających.

Sama idea zbudowania czołgu mogącego „pływać”, czyli unosić się na wodzie dostatecznie długo, aby pokonać na powierzchni własnymi siłami rzekę czy niewielkie jezioro, nie była nowa. Różne kraje eksperymentowały z doczepianiem do czołgów pływaków, lub też budowały lekkie pływające tankietki. Oba rozwiązania miały jednak poważne wady, eliminujące je z wykorzystania w Normandii. Pływaki ograniczały mobilność wozu po wydostaniu się na brzeg, były zbyt duże by czołg zmieścił się z nimi na pokładzie jednostki desantowej i zbyt łatwo ulegały uszkodzeniom. Lekkie pływające czołgi były idealnym narzędziem zwiadu, ale wóz tego rodzaju (podobny do np. radzieckiego T-37) nie przetrwałby w Normandii nawet pięciu minut. Oba warianty uniemożliwiały przy tym użycie czołgu dysponującego odpowiednim opancerzeniem i uzbrojeniem, niezbędnym do szturmu na solidnie przygotowaną pozycję.

Konstruktorzy wypracowali dwie możliwości. Pierwszą z nich było zbudowanie na tyle dużych pływaków, by umożliwiły czołgowi średniemu unoszenie się na wodzie i przepłynięcie kanału La Manche o własnych siłach. Pomijając trudności techniczne, ich załogi musiały by składać się wyłącznie z masochistów, skłonnych do wytrzymania kilku godzin w ciasnym wnętrzu czołgu rzucanego przez fale na wszystkie strony. Drugi pomysł był jeszcze bardziej szalony. Chodziło o to, by czołg znalazł się poniżej lustra wody, nie tonąc ani nie będąc zalanym przez fale. Sekret tkwił w gumowym fartuchu rozpinanym wokół pojazdu.

Duplex Drive

W czerwcu 1941 roku na sztucznym jeziorze w Hendon koło Londynu pojawił się niezwykły obiekt pływający. Był to lekki czołg Tetrarch, wyposażony w śrubę i gumowany ekran przypinany wokół pojazdu, kształtem przypominający łódź. Pomysłodawcą nowego sposobu na zapewnienie pływalności pojazdom pancernym był pochodzący z Węgier konstruktor i wynalazca Nicholas Straussler, współpracujący z brytyjskim koncernem Vickers-Armstrong. Pierwszym rozwiązaniem zaproponowanym przez niego było użycie składanych pływaków. Mogły one służyć zarówno do zapewnienia pływalności pojazdom pancernym, jak i do stawiania mostów pontonowych. Brytyjskie władze były bardzo zainteresowane tym pomysłem, jednak sam konstruktor uznał, że nie jest to odpowiednie rozwiązanie. Głównym problemem było potencjalne zapchanie plaży porzuconymi pływakami, co mogło udaremnić lądowanie kolejnych fal desantu i tym samym przyczynić się do klęski całej operacji. Na szczęście, jego kolejny wynalazek okazał się strzałem w dziesiątkę.


Sekretem kolejnego pomysłu Strausslera było potraktowanie czołgu średniego nie jako martwej masy, którą trzeba przetransportować drogą wodną, lecz jako podstawowej części pływającej konstrukcji. Do tej pory tego typu podejście stosowano do czołgów lekkich, jednak nikt na poważnie nie rozważał tej opcji w odniesieniu do cięższych pojazdów. Rozwiązanie Strausslera było genialne w swej prostocie. Sam czołg pełnił rolę „dna” pojazdu pływającego, stanowiąc przy tym źródło napędu dla śruby umieszczonej za pojazdem. To rozwiązanie dało zresztą nazwę całej grupie pojazdów zmodyfikowanych według pomysłu Strausslera. Określano je mianem „duplex drive” (w skrócie: DD), czyli „podwójny napęd”, odwołując się do możliwości poruszania czołgu dzięki gąsienicom i śrubie (lub śrubom). Wokół zmodyfikowanego kadłuba pojazdu (zlikwidowanie zaokrągleń, dodanie kilku płyt w celu stworzenia jednolitej podstawy) rozpinano gumowy fartuch, utrzymywany w pozycji pionowej dzięki wężom napełnianym sprężonym powietrzem. W ten sposób całość wypierała dostateczną ilość wody do utrzymania się na powierzchni. Samo stawianie fartucha trwało zaledwie kilka minut, a opuszczenie go zajmowało kilka sekund. Po złożeniu całość nie przeszkadzała w walce ani nie obciążała nadmiernie pojazdu. Co więcej, czołg z ekranami mieścił się na pokładzie standardowych jednostek desantowych używanych do transportu sprzętu ciężkiego, co umożliwiało wprowadzenie ich do akcji w niewielkiej odległości od nieprzyjacielskiego brzegu.

Czy w tym planie kryły się niebezpieczeństwa? Naturalnie. Jednym z nich była wrażliwość fartuchów na ostrzał. W tym celu przeprowadzono serię testów mających określić rzeczywistą wytrzymałość czołgu pływającego na działania wroga. Ich przedmiotem stał się jednak nie Tetrarch DD, lecz Valentine DD i Sherman DD. Lekki czołg Tetrarch był bowiem zbyt słabo opancerzony i uzbrojony by rozważać wprowadzenie go do akcji jako wsparcie pierwszej linii szturmującej czołowo umocnioną pozycję wroga. Brytyjczycy zdecydowali się więc na zmodyfikowanie ich ówczesnego czołgu podstawowego, czyli Valentine. Pierwszy prototyp czołgu Valentine DD odbył swe „wodne” próby 21 maja 1942 roku. Udoskonalono mechanizm przeniesienia napędu z silnika na śrubę, a sam ekran wzmocniono dodatkowymi wężami i metalowymi rozpórkami. Sama śruba była ruchoma, co pozwalało na kierowanie całym pojazdem podczas „rejsu”. Podczas pobytu na lądzie śrubę odchylano w górę, chroniąc jej pióra przed uszkodzeniem, opuszczając w położenie robocze dopiero przed samym wodowaniem.

W celu zbadania przydatności czołgów DD w warunkach bojowych, unoszący się na wodzie pojazd ostrzeliwano z dwóch rkm Bren aż do jego zatonięcia. Rezultat takich prób był co prawda łatwy do przewidzenia, jednak zniszczenie ekranu trwało na tyle długo że czołg zdołałby dotrzeć z okrętu desantowego do brzegu. Los sprawił jednak, że to nie Valentine stały się najszerzej używanymi przez aliantów czołgami pływającymi.

Na początku 1943 roku podjęto decyzję o instalacji ekranów Strausslera na amerykańskich czołgach typu Sherman. Dysponował on większym potencjałem modernizacyjnym i lepszym uzbrojeniem od Valentine, więc decyzja ta nie budziła niczyjego zdziwienia. Ważnym argumentem przemawiającym za „zwodowaniem” tych czołgów było również umiejscowienie wieży w centrum pojazdu, przez co Sherman mógł płynąć z działem skierowanym w przód, co przyspieszało jego wejście do walki. Valentine musiały obracać wieżę, przez co traciły cenne sekundy na plaży.

Sama budowa ekranu pozostała bez większych zmian, jednak Shermany wyposażano w dwie śruby napędzane nie bezpośrednio z silnika, jak w wozach Valentine, lecz za pośrednictwem przekładni znajdujących się przy kołach napinających. Na wieży pojawiła się platforma dla dowódcy wozu, mogącego pełnić także rolę sternika, kierującego całym „DD” za pomocą zmiany położenia śrub. Ustawienie wodoodpornego ekranu zajmowało 15 minut, jednak opuszczano go w zaledwie kilka sekund. Shermany DD poddano intensywniejszym testom, używając m.in. bomb głębinowych detonowanych w odległości 90 metrów od unoszącego się na wodzie pojazdu. Posłużono się również starymi systemami obronnymi z 1940 roku, służącymi do tworzenia plam płonącej ropy w pobliżu brzegu. Alianci obawiali się, że Niemcy będą próbowali podobnej metody na francuskim wybrzeżu. Skonstruowano nawet specjalne urządzenie o nazwie „Belch”, mające rozpylać wokół czołgu wodną mgiełkę. Okazało się jednak, że fale dostatecznie nawilżają fartuch, eliminując potrzebę stosowania jakichkolwiek dodatkowych urządzeń.

Konstruktorzy rozwiązali więc problem z dostarczeniem czołgu na brzeg. Nadal jednak czekało ich zmierzenie się z betonowymi umocnieniami, czającymi się przy każdym wyjściu z plaż.

Wóz specjalnego przeznaczenia - AVRE

Czołgi pływające pozwalały na wyeliminowanie jednego z zagrożeń, czyhających na pancerne siły inwazyjne. Pozostało jednak wiele innych kwestii, bez rozwiązania których nie można było myśleć o udanym szturmie na okupowaną Europę. Jednym z nich była konieczność przebicia się przez betonowe zapory, blokujące wyjazd z plaży. Do poradzenia sobie z nimi nie wystarczały działa 75 mm instalowane na Shermanach.

Pomysłodawcą stworzenia specjalistycznego pojazdu do niszczenia przeszkód był kanadyjski saper, porucznik J. J. Denovan. Analizując przebieg rajdu na Dieppe doszedł on do wniosku, że podstawą powodzenia inwazji jest stworzenie pojazdu, mogącego dać odpowiednią osłonę saperom, zapewniając przy tym odpowiednią siłę ognia do rozbijania umocnień. O ile stabilna i mocno opancerzona podstawa była dostępna pod postacią czołgu Churchill, to brakowało jednak odpowiedniego „narzędzia”, w które można by ten wóz wyposażyć.

Poszukiwania bardziej niszczycielskiej broni doprowadziły do zaadaptowania miotacza stworzonego na potrzeby Home Guard, zwanego „bombardą Blackera”. Tradycyjne działa dużego kalibru były zbyt duże, by zainstalować je w wieży Shermana czy Churchilla. Projekt Blackera rozwiązywał ten problem. Całość składała się z trzpienia wysuwanego z dużą siłą dzięki sprężynie, i kosza w który wkładano pocisk. Lufy, w tradycyjnym rozumieniu tego słowa, nie było. Jej funkcję spełniała tuleja umieszczona w tyle pocisku. Uderzenie trzpienia detonowało niewielki ładunek umieszczony na jej końcu, co nadawało pociskowi odpowiedni pęd. Odrzut był minimalny, a cała konstrukcja pozwalała na użycie znacznego ładunku. W tym wypadku wykorzystano pocisk kalibru 290 mm o wadze 18 kilogramów, wyrzucany z AVRE na odległość 210 metrów, choć w praktyce strzelano na dystans ok. 80 metrów. Ze względu na jego wymiary, nazwano go „Latający Śmietnik”. Samą broń ochrzczono mianem „Petardy”. Z racji wielkości pocisku, broń ładowano poprzez zmodyfikowany właz strzelca km od spodu. By uprościć tę procedurę, lufa „Petardy” łamała się (tak jak np. dubeltówka), wznosząc lufę do góry i umożliwiając wsunięcie pocisku od dołu.


Nową broń osadzono w wieży czołgu Churchill, zamieniając go w ten sposób w wóz AVRE (ang. Armoured Vehicle Royal Engineers). Jeśli to nie wystarczało do uznania go za niezwykłą konstrukcję, brytyjscy specjaliści przygotowali całą gamę dodatkowych urządzeń. Churchill, większy, przestronniejszy i stateczniejszy od Shermana był idealną platformą do podczepiania mostów, pługów, rolek maty, dźwigów, faszyny, ładunków wybuchowych i całej gamy innych urządzeń. Co więcej, nawet po zainstalowaniu nowego „działa” i obciążeniu zewnętrznymi dodatkami, we wnętrzu pojazdu pozostawało dość miejsca, by umieścić w nim… sześciu saperów wraz ze sprzętem. Korzystając z grubego pancerza, mogli dotrzeć na plażę we względnym bezpieczeństwie, opuszczając w razie potrzeby pojazd przez boczne włazy, nie blokowane przez żadne z urządzeń instalowanych na czołgu.

Jakby jeszcze tego wszystkiego było mało, wyprodukowano specjalne zestawy części pozwalające na przezbrojenie Churchilla III lub IV na wersję AVRE siłami polowego warsztatu. Gdyby jeszcze wyposażyć go w wodoodporny fartuch i śruby, tworząc w ten sposób wóz AVRE DD, powstałby jedyny w swoim rodzaju pojazd zbudowany pod kątem szturmu na Wał Atlantycki. Niestety, Churchille okazały się zbyt duże, by przerabianie ich na wersję „DD” miało sens. Poza tym, kiedy rozpoczynano program budowy czołgów pływających, Churchille (jak i Cromwelle) były jeszcze wciąż przed swoim chrztem bojowym.

79 Dywizja Pancerna

Do obsługi tak niezwykłych pojazdów potrzeba było doskonale wyszkolonych pancerniaków. W celu usprawnienia szkolenia, w marcu 1943 roku przekształcono istniejącą już od listopada 1942 roku 79 Dywizję Pancerną w wyspecjalizowany ośrodek treningowo-rozwojowy. Jednostka ta przyprawiała ówczesnych zaopatrzeniowców o ból głowy. Dzisiejszych modelarzy może natomiast przyprawić o zawał serca, zgromadzono w niej bowiem wszystkie nietypowe i prototypowe konstrukcje pancerne. W jej skład wchodziły czołgi CDL, mające oślepiać wroga strumieniem migającego światła, wozy wyposażone w różnorodne trały, opancerzone buldożery, czołgi DD, saperskie, mostowe, a także pojazdy z miotaczami płomieni. Ta pancerna menażeria szybko zyskała nazwę „cyrku Hobarta”, od nazwiska dowódcy jednostki, generała majora Percy’ego Hobarta.

Ten błyskotliwy organizator i specjalista od prac saperskich w 1940 roku został zmuszony do przejścia na emeryturę z powodu konfliktu z przełożonymi. Nie chcąc być bezużytecznym, i zapewne pragnąc znaleźć ujście dla swej energii, wstąpił do Home Guard, gdzie szybko awansował do rangi zastępcy dowódcy obszaru. Do czynnej służby przywrócono go w 1941 roku na osobiste życzenie Churchilla. Od tego momentu, Hobart zaangażował się w szkolenie 11 Dywizji Pancernej, a po jej wysłaniu do Egiptu stanął na czele 79 Dywizji Pancernej, mając za zadanie przekształcenie jej w jednostkę specjalną. Miarą sukcesu tego Naszywka 79 Dywizji Pancernej (domena publiczna) dzielnego oficera, jak i całej jednostki, była liczba pojazdów jakie znalazły się na jej stanie. Pod koniec wojny, 79 Dywizja miała na swym stanie prawie 7 tysięcy czołgów. Jednostka ta nie została jednak nigdy użyta w walce jako całość, lecz stanowiła źródło wyspecjalizowanych pododdziałów przydzielanych do konkretnych zadań w ramach potrzeb. Zajmowała się także szkoleniem załóg wchodzących w skład innych jednostek.

Nie wszystkie konstrukcje używane w 79 Dywizji znalazły swe zastosowanie na plażach Normandii. Do inwazji przeznaczono czołgi DD, AVRE, saperskie „Kraby” i opancerzone buldożery. To od nich zależał sukces lub klęska całej operacji.

Plan natarcia był bardzo prosty. Czołgi DD, przybywając na brzeg przed barkami, miały stłumić ogień niemieckich stanowisk. Za nimi miały przybyć barki z czołgami saperskimi, których zadaniem było oczyszczenie bezpiecznej drogi z plaży. W ten sposób zadanie piechoty byłoby znacznie ułatwione. Niestety, nie na wszystkich plażach można było zrealizować ten schemat. Na przeszkodzie stanęła polityka, pogoda i przeciwnik.

Amerykanie i AVRE

Gdy przygotowywano plan inwazji, zakładano, że pojazdy AVRE znajdą się w składzie sił szturmujących każdą z plaż. Zapewniłoby to równe szanse wszystkim jednostkom desantowym. Niestety, Amerykanie zdecydowali się nie korzystać z tych brytyjskich pojazdów.

Pojawiło się kilka teorii mających wyjaśnić tę dosyć dziwną, z czysto wojskowego punktu widzenia, decyzję. Pierwsza z nich zakłada, że Amerykanie chcieli wykorzystać te pojazdy, jednak było ich zbyt mało, by zaspokoić równocześnie potrzeby Brytyjczyków, Kanadyjczyków i Amerykanów. Słabym punktem tego twierdzenia jest fakt wyprodukowania ponad tysiąca zestawów pozwalających na konwersję dowolnego Churchilla na wersję inżynieryjną. Wykorzystanie wszystkich z nich zapewniłoby wystarczający zapas AVRE dla wszystkich zainteresowanych. Wystarczy przypomnieć, że na trzech plażach (Gold, Juno, Sword) użyto zaledwie 121 AVRE z około 180 pojazdów tego typu istniejących w tym czasie. Teza ta nie broni się więc w świetle faktów.


Kolejnym wytłumaczeniem miała być amerykańska niechęć do włączania do swojego łańcucha logistycznego pojazdów o obcej konstrukcji, wymagających innych części zamiennych czy smarów niż pojazdy używane do tej pory przez armię amerykańską. To wytłumaczenie również ma słaby punkt. Od lutego 1944 roku toczono prace nad zainstalowaniem bombardy Blackera na czołgach typu Sherman. Prace nie zakończyły się sukcesem nie dlatego, że takie połączenie było niemożliwe technicznie, lecz z braku woli decydentów. Gdyby Amerykanie wyrazili taką wolę, mogli dysponować w Normandii Shermanami uzbrojonymi w Bombardy albo Petardy.

Jak wiemy, Amerykanie nie skorzystali z żadnej z opcji. Niektórzy autorzy twierdzą, iż stało się tak z powodu zgłaszania różnych wymagań przez siły pancerne, saperów, wydział uzbrojenia etc., co w rezultacie doprowadziło do niemożności ustalenia jednolitego stanowiska w tej sprawie i, co za tym idzie, wyboru nowego sprzętu. Niezależnie od przyczyn powyższego stanu rzeczy, rezultatem okazał się brak AVRE (w tej czy innej postaci) w składzie amerykańskich sił desantowych w Normandii.

Desant

Pierwszym elementem operacji Overlord było zrzucenie amerykańskich przewodników (Pathfinders) nad półwyspem Cotentin, dziesięć minut po północy 6 czerwca 1944 roku. Od tego momentu zatrzymanie inwazji bez poniesienia strat było już niemożliwe. W przeciągu dalszych godzin na Normandię zrzucono trzy dywizje powietrzno-desantowe mające za zadanie izolację terenu głównego lądowania i uniemożliwienie Niemcom dostarczenia posiłków. Los spadochroniarzy zależał jednak od powodzenia desantu morskiego.

O godzinie 05.10 krążownik Orion rozpoczął ostrzał celów na plaży Gold. Dwadzieścia minut później rozpoczęło się przygotowanie ogniowe przed lądowaniem w sektorze brytyjsko-kanadyjskim, a po upływie kolejnych dwudziestu minut pierwsze pociski spadły na plaże w sektorze amerykańskim. Równocześnie z ostrzałem z morza rozpoczęło się bombardowanie lotnicze. Niestety, duża część alianckich pocisków spadła zbyt daleko od swoich celów, co sprawiło, że na lądujące oddziały miał spaść grad kul z niezniszczonych niemieckich stanowisk.

W pierwszej fali natarcia miały znajdować się czołgi DD. Niestety, nie wszystko poszło zgodnie z planem. Do dnia dzisiejszego wozy te kojarzone są z tragiczną w skutkach akcją 741 Batalionu Pancernego, desantującego się na odcinku 1 Dywizji Piechoty na plaży Omaha. Prawie wszystkie czołgi DD z tej jednostki poszły na dno, co przyczyniło się do powstania mitu o nieskuteczności tych pojazdów jako takich. Warto więc, moim zdaniem, poświęcić kilka słów tej jednostce i jej udziałowi w operacji Overlord.

Strenue et Audactor - Mozolnie i Dzielnie (zawołanie 741 Batalionu)

741 Batalion wystawił dwie kompanie czołgów pływających: kompanię B, mająca dotrzeć na plażę Easy Red, i kompanię C, która miała lądować na odcinku Fox Green. Łącznie były to 32 (inne źródła – 34) czołgi DD. Plan zakładał zjazd czołgów z pojazdów desantowych do wody w odległości 4572 metrów od plaży. Morze było bardzo wzburzone, lecz mimo to podjęto decyzję o wodowaniu. Dowódcy kompanii uznali, że efekt pojawienia się czołgów na plaży prosto z morza jest wart ryzyka. Z niewiadomych powodów (nieprawidłowa ocena odległości na skutek zasłonięcia brzegu przez eksplozje?), czołgi wysłano do akcji w odległości 5486 metrów od brzegu, czyli prawie kilometr przed wybranym punktem rozpoczęcia „mokrej” części podróży. Co więcej, niektóre LCT nie zajęły odpowiednich pozycji przed opuszczeniem ramp. Zmusiło to czołgi DD do manewrowania i wystawienia swych burt na wysokie fale, do czego nie były przystosowane. Niestety, po raz kolejny w tym dniu 741 Batalion opuściło szczęście.

Na wschód od plaży Omaha, w pobliżu Arromanches-Les-Bains i Asnelles, znajdują się tzw. skały Calvados. Od czasu do czasu, przy odpowiedniej kombinacji wiatru i przypływu, skały te doprowadzały do powstania krótkich i wysokich fal. Na nieszczęście dla członków kompanii B i C z 741 Batalionu, takie warunki zaistniały 6 czerwca 1944 roku. Jak określono to w oficjalnym raporcie, „warunki wodne w rejonie OMAHA były cięższe niż jakiekolwiek inne, w których użyto czołgów DD”.

Zwodowane zbyt daleko od brzegu i w złym miejscu, załogi musiały zmagać się z niespodziewanie wysokimi falami. Fartuchy nie wytrzymywały naporu wody, co prowadziło do zalania silników. Do brzegu dotarły zaledwie dwie maszyny, kierowane przez ludzi z pewnym doświadczeniem morskim. Reszta, z wyjątkiem trzech czołgów wysadzonych bezpośrednio na plaży, zatonęła. Wszystkie ocalałe pojazdy pochodziły z kompanii B. Większość pancerniaków z zatopionych pojazdów uratowała się dzięki kamizelkom ratunkowym.

Jak wskazały powojenne badania, a także oficjalne raporty, nie wszystkie czołgi poszły na dno od razu po zjechaniu do wody. Niektóre dotarły na odległość kilometra od brzegu. Co więcej, załogi części wozów zdążyły nadać przez radio informację o warunkach panujących na morzu i ich wpływie na czołgi DD. Być może, gdyby maszyny zwodowano w planowanej odległości i zakładanym miejscu, niektóre z nich dopłynęłyby do brzegu mimo niesprzyjających warunków. Niezależnie jednak od tych domniemań wypada stwierdzić, że za zagładę dwóch kompanii 741 Batalionu Pancernego odpowiadały błędy ludzkie i pech, a nie wadliwość czołgów DD czy stan morza jako taki.

Jak radziły sobie inne jednostki?

Na plaży Sword na 32 zwodowane wozy z 13/18 Queen Mary's Own Hussars, do brzegu dotarło aż 29, jednak przybyły na plażę 10 minut po AVRE i innych pojazdach dostarczonych w konwencjonalny sposób. Co ciekawe, wodowanie rozpoczęto z przewidzianej w planach odległości. 5 czołgów wysadzono bezpośrednio na brzeg, a jeden nie zdołał zjechać z LCT ze względu na uszkodzenie rampy i wrócił do Wielkiej Brytanii. Rejs Shermanów z tej jednostki, rozpoczęty praktycznie w podręcznikowy sposób, może być przykładem prawidłowego wykorzystania czołgów DD w Normandii. Nie obyło się przy tym bez utrudnień. Z powodu silnych fal, czołgi poruszały się zbyt wolno, przed co dogoniły je barki desantowe. W powstałym zamieszaniu jeden z DD został staranowany przez jeden z LCT (wiozący inne pojazdy na plażę) i zatopiony. Kiedy pancerniacy dopływali już do brzegu, spadł na nich grad rakiet wystrzelonych z barek LCT (Rocket). Na szczęście obyło się bez ofiar i czołgi DD mogły bez dalszych utrudnień ze strony aliantów przystąpić do walki na brzegu.


1st Hussars (6 Pułk Pancerny) zwodował 30 czołgów kilometr od brzegu (5 zatonęło), a 10 wyładował bezpośrednio na plażę Juno. Ostatnią jednostką, która wysłała swe czołgi do wody, był 70 Batalion Pancerny, szturmujący plażę Utah. Na 32 czołgi DD zabrane w podróż, zwodowano 28 pojazdów w odległości 274 metrów od wybrzeża Normandii. Do celu dotarło aż 27 z nich, jednak spóźniły się o 20 minut w stosunku do harmonogramu. Pozostałe 4 poszły na dno, kiedy przewożąca je barka wpadła na minę. Resztę czołgów DD należących do innych jednostek (łącznie 152 maszyny) wyładowano bezpośrednio na plaży. Patrząc na ilość zwodowanych pojazdów wypada stwierdzić, że bojowy debiut czołgów „Duplex Drive” nie wypadł zbyt imponująco.

AVRE w Normandii

W operacji Overlord wzięło udział łącznie 121 pojazdów AVRE. 88 z nich wyposażono w różnorodne akcesoria mające pomóc w przedarciu się przez niemieckie linie.

Łączne straty AVRE w tej operacji wyniosły 15 maszyn zniszczonych i 9 uszkodzonych. Tak niski stosunek strat do liczby użytych pojazdów można wytłumaczyć stosunkowo dużą odpornością Churchilli na ostrzał, jak również przybyciem na brzeg wraz z głównymi siłami, przez co Churchille mogły ukryć się w „tłumie” innych pojazdów.

AVRE oddały w wielu miejscach duże usługi, pomagając w zmniejszeniu poziomu strat piechoty, jak również przyczyniając się do szybszego otwarcia dróg w głąb lądu. Pewnym problemem okazało się przy tym niezrozumienie roli AVRE przez miejscowych dowódców. Niektórzy z nich traktowali te specjalistyczne pojazdy jak zwykłe czołgi, żądając od nich wsparcia artyleryjskiego. Trzeba jednak przy tym pamiętać, że AVRE były zaledwie elementem wielkiej zmechanizowanej układanki, złożonej z czołgów trałujących, opancerzonych spychaczy, czołgów DD jak i zwykłych Shermanów, wyposażonych w zestawy pozwalające na brodzenie w wodzie.

Podsumowanie

Operacja lądowania w Normandii zakończyła się, jak wszyscy wiemy, powodzeniem. Był to sukces odniesiony dzięki odwadze i pomysłowości wielu żołnierzy. Gdyby nie ich determinacja, desant zakończyłby się porażką nawet przy użyciu tak dużej ilości wyspecjalizowanych pojazdów. Z perspektywy lat widać, że część przygotowań powziętych przez Aliantów przed lądowaniem z Normandii poszła na marne. Wał Atlantycki w Normandii był po prostu zbyt słaby, słabszy niż niemieckie pozycje pod Dieppe, by wszystkie alianckie wynalazki mogły w pełni wykazać swą przydatność. Dziwadła Hobarta przyczyniły się jednak do ocalenia wielu alianckich żołnierzy, co – jak myślę – uzasadnia ich powstanie i użycie w tym „Najdłuższym Dniu”.

Artykuł zatytułowany Dziwadła Hobarta w Normandii: czołgi na każdą okazję Materiał został opublikowany na licencji CC BY-SA 3.0.

Czytaj także:
100 lat temu po raz pierwszy czołgi pojawiły się na polu bitwy. Zobacz, jak wyglądał brytyjski Mark I

Źródło: Histmag.org

Czytaj także

 0

Czytaj także