Canossa i ukorzenie się Henryka IV przed papieżem. Spór o inwestyturę, którego nie było

Canossa i ukorzenie się Henryka IV przed papieżem. Spór o inwestyturę, którego nie było

Dodano: 
Cesarz Henryk IV przed papieżem Grzegorzem VII
Cesarz Henryk IV przed papieżem Grzegorzem VII / Źródło: Wikimedia Commons / domena publiczna
Canossa i ukorzenie się cesarza Henryka IV przed papieżem Grzegorzem VII to jedno z historycznych wydarzeń, do którego wciąż często nawiązuje się w publicznej debacie. Na pytanie: „po co Henryk IV udał się do Canossy?” zwykle pada szybka odpowiedź: chodziło o inwestyturę. Czy aby na pewno?

Ciąg faktów, które doprowadziły do spektaklu rozegranego pod Canossą, można by nazwać serią niefortunnych zdarzeń, gdyby nie to, że pod pozorem bezładnej gry ludzkich ambicji i namiętności krył się proces, który musiał w końcu doprowadzić do zwarcia. Na dłuższą metę nie dałoby się pogodzić ambicji reformującego się papiestwa i potężnego cesarstwa. Konflikt między regnum a sacerdotium był nieunikniony.

Nikt jednak świadomie do niego nie dążył. Wysiłki podjęte przez Kościół gdzieś w połowie XI wieku miały uzdrowić samą organizację. Reforma rozpoczęta w burgundzkim klasztorze w Cluny, odbywała się pod hasłem powrotu do reguły nadanej przez świętego Benedykta. Nie widziano nic złego w pieczy sprawowanej nad mniszymi zgromadzeniami przez świeckich – nie o życie doczesne toczyła się gra, lecz o transcendencję. Podobnie w Rzymie: zmiany wprowadzane od połowy XI wieku przez papieży i ich otoczenie nie były wymierzone w laików. Ostrze reformy skierowano w stronę dwóch robaków toczących Kościół: symonii i nikolaizmu, a więc kupczenia godnościami kościelnymi i łamania celibatu. U świeckich szukano pomocy w tym dziele. Nie chodziło jeszcze o władzę nad światem, nikt nie ścierał kopii, walcząc o inwestyturę. Kościół musiał się wzmocnić od środka. Koniec mógł być wszak bliski.

Inwestytura

Samo objęcie władzy biskupiej było długim, składającym się z wielu etapów procesem. Teoretycznie wyboru biskupa dokonywał lud i kler diecezji, faktycznie ten pierwszy stracił znaczenie już w starożytności, a rola kleru również zmalała. W IX-X wieku ukształtowała się formuła, która godziła wszystkich zainteresowanych. Największy wpływ na wybór kandydata miał świecki władca sprawujący pieczę nad biskupstwem, który w swym wyborze kierował się opinią kleru i możnych. Następnie wręczał on elektowi miecz i pastorał (symbole władzy biskupiej), a ten składał mu przysięgę lenną. Analogiczna ceremonia odbywała się w katedrze, gdzie duchowny przyjmował święcenia, a metropolita powtarzał wcześniejszy gest i wręczał nowo wybranemu biskupowi miecz i pastorał.

Dla wielu ludzi Kościoła podważanie tego zwyczaju było nie do pomyślenia. Powszechna była opinia, że poprzez koronację, uważaną za jeden z sakramentów, król stawał się co najmniej równy kapłanom, wobec czego miał prawo dysponować nie tylko dobrami doczesnymi, lecz i duchowymi. Poza tym biskup otrzymywał wraz z urzędem posiadłości ziemskie (często ogromne), z których król mógł żądać kontyngentów, zatem hołd lenny był konieczny. W czysto politycznym interesie władcy leżało także obsadzenie diecezji „swoimi” ludźmi.

Nie wszyscy jednak myśleli w ten sam sposób. Za reformą stało wielu wybitnych intelektualistów. Wśród nich największe znaczenie mieli Piotr Damiani i Humbert z Moyenmoutier. Drugi z nich był radykalniejszy, lecz to Piotr Damiani wskazywał kierunek wysiłków reformatorskich i to jego idee były realizowane – również po jego śmierci. Hasła Humberta poszły w zapomnienie, choć to on w swym traktacie Adversus Simoniacos jako pierwszy stwierdził jasno: świeccy nie mogą mieszać się do elekcji biskupich i opackich! Pewnie nie przypadkiem publikacja jego dzieła zbiegła się ze śmiercią cesarza Henryka III.

Narastanie napięcia

25 stycznia 1077 roku syn Henryka III, Henryk IV, klęczał na mrozie u bram Canossy, rozpaczliwie prosząc o wstawiennictwo swego ojca chrzestnego Hugona z Cluny i panią zamku Matyldę Toskańską. Jeszcze rok wcześniej nie przypuszczał, że znajdzie się w takiej sytuacji. Jego ród, kreujący cesarza na ziemskiego Chrystusa, był przejęty kwestią reformy Kościoła i gorąco ją wspierał, nakazując podległym sobie opatom wprowadzać w klasztorach kluniackie zwyczaje. On sam żył w zgodzie z duchownymi swego królestwa, a najwięksi z nich należeli do jego ścisłego otoczenia. Również stosunki z papiestwem wydawały się ułożone.

Sytuacja uległa zmianie wraz z objęciem Tronu Piotrowego przez mnicha Hildebranda, który przyjął imię Grzegorza VII. Nowy papież nadal widział we władcach pomocników w dziele reformy, jednak już w zupełnie innej pozycji. Grzegorz VII konsekwentnie trzymał się idei, że Kościół, a więc i papież, stoi ponad królestwami ziemskimi. To wtedy jedną ze swych młodości przeżywała tak zwana Donacja Konstantyna – dokument (jak się później okazało falsyfikat), w którym cesarz Konstantyn Wielki przekazywał władzę nad Zachodem papieżowi. Grzegorz subtelnie, lecz w sensie symbolicznym radykalnie zmienił swój stosunek do królów niemieckich. Henryka IV nazywał zaledwie królem Niemiec (rex teutonicorum), a nie Rzymian (rex romanorum), do którego to tytułu przywykł i on, i jego przodkowie. Jasny wykład myśli politycznej Grzegorza zawiera zwięzły dokument Dictatus papae, stanowiący krótką notkę skierowaną do kardynała Deusdedita, który przygotowywał kolekcję prawa kanonicznego. Papież stwierdzał tam wprost: papież ma prawo złożyć cesarza z urzędu. Wciąż nie było jednak mowy o inwestyturze.

 0

Czytaj także