Starcie cywilizacji – wojna polsko-bolszewicka

Starcie cywilizacji – wojna polsko-bolszewicka

Dodano: 
Bitwa warszawska. Obrona koło Miłosny, sierpień 1920 r.
Bitwa warszawska. Obrona koło Miłosny, sierpień 1920 r. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe
O podobieństwach wojny z bolszewikami do tej ukraińsko-rosyjskiej, sprzedaniu ziem wschodnich za 30 srebrników i narodowym zrywie opowiada dr hab. Mirosław Szumiło z IPN i UMCS.

Rozmawiamy przed kolejną rocznicą Bitwy Warszawskiej, ta jednak będzie inna. Bo różnych podobieństw do wydarzeń sprzed stulecia jest aż nadto w obecnej sytuacji.

Dr hab. Mirosław Szumiło: Tych analogii jest wiele. W 1920 roku były państwa w Europie, które niechętnie pomagały broniącej się II Rzeczpospolitej, chciały dogadać się z bolszewikami na różnych płaszczyznach. Brytyjczycy, którzy dziś tak chętnie pomagają Ukrainie w walce z rosyjskim agresorem, nie garnęli się do wspierania Polski. Francuzi co prawda nie wysyłali wojsk, ale realizowali dostawy broni i amunicji. Stany Zjednoczone kompletnie się izolowały i nie interesowały Starym Kontynentem. Bardzo chętni do pomagania Polsce byli natomiast Węgrzy. Nie zmieniła się postawa Niemiec, które wtedy chciały i teraz chcą dogadywać się z Rosją. Współcześnie z polskiej perspektywy można szukać podobieństw i różnic do tego, jak zachowują się poszczególne państwa w trakcie wojny na Ukrainie.

Do wojny by nie doszło, gdyby nie chęć bolszewików, by z Polski uczynić „łącznik” z Niemcami, gdzie chciano kontynuować rewolucję.

Od tego się wszystko zaczęło, Armia Czerwona podbijała tereny, które pod koniec I wojny światowej zajmowali Niemcy. Historycy uważają zresztą, że to starcie było po prostu nieuniknione, bolszewicy zaczęli swój marsz w kierunku Zachodu praktycznie w listopadzie 1918 roku, tak jak rekomendował Lew Trocki, a Polska i Ukraina były po drodze. Cel był jednak jeden: przenieść rewolucję do Niemiec, gdzie przecież panowały nastroje niezadowolenia, typowe po przegranej wojnie. A to stanowiło idealną podwalinę do tego, by zaprowadzić tam komunizm.

Proszę też pamiętać, że nikt nie miał też pełnego obrazu bolszewizmu, nie wszystkie doniesienia docierały do świata, a zbrodnie były dementowane przez agitatorów. Przepływ informacji był inny i nikt wtedy nie traktował tej wojny jak zderzenia cywilizacji, takie określenia pojawiły się dopiero później.

Jest więc druga połowa roku 1919, Europa dopiero co przyzwyczaja się do nowych realiów po traktacie wersalskim i…

Rosja Sowiecka zaczynała swój marsz. Armia Czerwona zdobyła w listopadzie Mińsk, na początku 1919 roku Wilno, gdzie doszło do walki z polską samoobroną tego miasta. To realny początek wojny, co warte podkreślenia - nie polsko-rosyjskiej, ale polsko-bolszewickiej. Jedynym naszym sojusznikiem stała się Ukraińska Republika Ludowa, choć droga do tego nie była łatwa. Wcześniej, od listopada 1918 r. do lipca 1919 r., toczyła się wojna polsko-ukraińska o Lwów i Galicję Wschodnią. Dopiero po jej zakończeniu mogły się zacząć rozmowy o sojuszu. Józef Piłsudski dążył przede wszystkim do rozbicia i maksymalnego osłabienia Rosji i wiedział, że kluczem do tego jest Ukraina. Chodziło o położenie strategiczne tego terytorium oraz ukraińskie zboże. Pod tym względem nic się do dziś nie zmieniło.

Bitwa warszawska – Józef Piłsudski

Wiele państw zajmowało postawę sprzyjającą bolszewikom. Podczas swojego marszu na Zachód w 1920 r. nie mieli oni problemów z Litwą, która poszła na ugodę kosztem Polski. Rząd w Niemczech był gotowy się porozumieć, a kolejne państwa tej części Europy też sygnalizowały, że mogą iść na ustępstwa. Czechosłowacja, nieprzychylna Polsce, rozważała oddanie tzw. Rusi Podkarpackiej bolszewikom. Poszczególne rządy kierowały się swoimi wąskimi, partykularnymi interesami, a Stary Kontynent był zmęczony wojną, tymczasem na horyzoncie majaczyła kolejna.

Zaczęło się od sukcesu - zdobycia Kijowa wspólnie ze sprzymierzoną armią Ukraińskiej Republiki Ludowej.

Czerwonoarmiści wtedy jednak się wycofali, do otwartej bitwy nie doszło, co zresztą uchroniło ich od porażki. Dopiero letnia ofensywa bolszewików z 1920 roku jest najbardziej znanym fragmentem tej wojny. Jak wiemy, skończyła się klęską, jednak tu warto wspomnieć: nie tylko obrona Warszawy była kluczowa.

Kierunki uderzenia Armii Czerwonej były dwa: zachodni, który szedł wprost na Warszawę, z Michaiłem Tuchaczewskim na czele, i o którym wiele się mówi, ale był jeszcze południowo-zachodni, gdzie dowodził Aleksandr Jegorow, a komisarzem politycznym był Józef Stalin. Uderzenie na Lwów miało otworzyć czerwonoarmistom drogę przez Karpaty. Znana jest depesza Stalina do Lenina, w której ten pierwszy wyraził nadzieję, że zaniesie rewolucję aż do Włoch. Szczęśliwie ten południowy front nie tylko nie poszedł dalej, ale nie zdążył pomóc zachodniemu.

Wspomniał pan o pomocy z Francji, ale czy w całym tym zamieszaniu nie znaleźli się choćby cisi sojusznicy?

Jak najbardziej, jednak tu nie można przede wszystkim zapomnieć o armii Ukraińskiej Republiki Ludowej. To ona zatrzymała na froncie południowym bolszewików. Słynna obrona Zamościa, wspólnie z Polakami, jest już znanym symbolem tej walki. Ale trzeba też pamiętać o przedmościu rumuńskim za rzeką Dniestr. Sprzymierzona armia ukraińska broniła tego terytorium, skutecznie blokując pochód bolszewików do Węgier czy Czechosłowacji. To właśnie przez Rumunię i jedyną linię kolejową do Lwowa kierowane były transporty broni, amunicji dla polskiego wojska. W ostatnich latach coraz więcej mówi się właśnie o tej węgierskiej pomocy, tylko ona nie mogła iść przez Czechosłowację, ale właśnie przez Rumunię.

W Budapeszcie nieźle zdawano sobie sprawę z tego, co mogą przynieść bolszewicy. Nieprzypadkowo, bo na krótko w 1919 roku istniała tam Węgierska Republika Rad. Dlatego tak wspomagano Polaków w walce z Rosją bolszewicką. Wspominał pan o analogiach - to jest kolejna, która od razu się nasuwa, do obecnej sytuacji. Państwa, które wiedzą, z czym wiąże się pojawienie Rosjan, najchętniej niosą pomoc Ukrainie. Tylko teraz, inaczej niż na początku XX w., Węgrzy o tym zapomnieli.

Pozostając przy podobieństwach: z bolszewizmem nie walczyli tylko Polacy i Ukraińcy. To wsparcie, już bezpośrednie, było zróżnicowane.

Poza wymienionymi narodami w oddziałach walczących po polskiej stronie przeciw bolszewikom byli przecież też Rosjanie, Białorusini, kozacy dońscy, nie mówiąc już o eskadrze amerykańskich lotników. Z kolei, co też warto podkreślać: na Warszawę z bolszewikami szli też polscy komuniści. Karol Świerczewski, późniejszy generał, został ranny w walkach na froncie polskim.

Wspólny wróg jednoczy jak nikt?

Oczywiście, nie tylko na poziomie międzynarodowym, ale i krajowym. Jak zwykle w takich sytuacjach, tak jak dzisiaj na Ukrainie, tak i wtedy, mobilizację napędzała taka ponadpartyjna zgoda co do tego, że trzeba stawić opór. Naprawdę wtedy wszyscy się zjednoczyli, przecież na czele rządu stał Wincenty Witos, a wicepremierem był socjalista Ignacy Daszyński. Wybór Witosa na premiera był nieprzypadkowy, bo chciano to stanowisko dać przedstawicielowi najliczniejszej warstwy społecznej w państwie - chłopstwa. Mobilizacja opierała się na chłopach, na strukturach PSL-u oraz na Kościele. To księża, korzystając ze swojego autorytetu, apelowali do chłopów o obronę ojczyzny.

Jaka była skala mobilizacji?

Udało się zgromadzić ponad sto tysięcy ochotników, właśnie dzięki takiej agitacji. W dodatku panowała świadomość, że bolszewicy, gdy idą, to wszystko niszczą, gwałcą i rabują. U ogromnej większości Polaków nie było do nich cienia sympatii mającej podstawy choćby w socjalistycznych hasłach o równości klas, jak to było na Zachodzie.

Wygrana bitwa to tylko element całej wojny - jak w pana ocenie wykorzystano sukces z Bitwy Warszawskiej?

Po wygranej bitwie nad Niemnem np. pułkownik Juliusz Rómmel, dowódca polskiego zgrupowania kawalerii, który zapędził się pod Korosteń, proponował dalszy rajd w głąb Ukrainy. Jak wynika z moich wyliczeń, on i jego oddziały, które ścigały Budionnego, były około 140 kilometrów od Kijowa. Był pomysł, by właśnie tam uderzyć. Zapadła jednak decyzja, by wojny nie kontynuować. W podobny sposób porzucono Mińsk, który odbiło Wojsko Polskie. Stało się też tak z Kamieńcem Podolskim i częścią Podola. Wszędzie tam po rozejmie ryskim wracali bolszewicy.

II Rzeczpospolita była w stanie tylko tyle zdziałać ze względu na zmęczenie wojną czy też pewnych szans nie wykorzystano?

To dwa wątki. Na pewno sytuacja w gospodarce była trudna. Nie bez przypadku sprowadzano amunicję i broń z Węgier - w Polsce, na terenach włączonych do niepodległego kraju, nie było rozwiniętego przemysłu zbrojeniowego. Wcześniej zaborcy o to nie dbali - z wielu powodów. Między innymi dlatego uznano, że wojny nie można dłużej kontynuować, zapadła taka a nie inna decyzja.

A drugi wątek, już bardziej polityczny?

O ten z kolei można już mieć pretensje do ówczesnych rządzących, a dokładnie do przedstawicieli polskiej delegacji na rozmowy w Rydze. Tam było za dużo pośpiechu po stronie polskiej i za dużo podziałów. Przedstawiciele piłsudczyków chcieli jeszcze coś ugrać, kontynuować rozmowy, z kolei, powiedzmy strona endecka chciała szybkiego rozejmu. Tam wszystko było już ustalone w zasadzie w październiku 1920 roku. Tymczasem moim zdaniem można było przeciągać te rozmowy jeszcze o miesiąc i bolszewicy musieliby pójść na większe ustępstwa, bo mieli własne problemy wewnątrz kraju. To Leninowi i bolszewikom zależało na szybkim zakończeniu wojny z Polską i okazali się o wiele skuteczniejsi w negocjacjach. Może inaczej potoczyłyby się też losy Ukrainy i Petlury?

To znaczy?

Polska delegacja, skłócona, składająca się z przedstawicieli stronnictw sejmowych, liczyła 10 osób plus eksperci i doradcy. Po drugiej stronie stołu było czterech przedstawicieli bolszewików, którzy mieli jasne zadanie z Moskwy i tam nie było żadnych sporów. Bolszewicy byli gotowi oddać nam całą Białoruś, ale nie chcieli tego nasi endecy. Obawiali się zbyt dużej liczebności mniejszości narodowych w odrodzonej Polsce, ale na wschód od granicy ryskiej pozostało też wielu Polaków, którzy czuli się zdradzeni. Znowu wtrącę swoje przypuszczenia, wręcz alternatywną historię, ale pozostawienie rozległych terytoriów Białorusi w Związku Sowieckim na dziesięciolecia sprawiło - niezależnie od wydarzeń z lat 1939-1945 - że to państwo jest tak blisko Rosji. Co by było, gdyby Białorusini w ogromnej większości pozostali na terytorium II RP? Może wzmocniłoby to białoruski ruch narodowy?

W dodatku traktat ryski nie rozwiązał problemu wschodniej granicy. Tylko nieliczne tereny stanowiły łatwą do obronienia granicę, jak poleskie bagna. Poza tym cały odcinek białoruski pozbawiony był naturalnych przeszkód. Włączenie do Rzeczpospolitej środkowej Białorusi dałoby nam strategiczną granicę opartą o bagna nad rzeką Berezyną.

Wewnętrzne zagrożenia dla bolszewików z początku lat 20. ubiegłego wieku też przywodzą na myśl bieżącą sytuację.

Między innymi dlatego Lenin tak chciał pokoju z Polską, bo cały czas nie rozwiązał sprawy Białych (zbiorcza nazwa przeciwników komunistów, którzy walczyli do 1923 roku z bolszewikami - red.). Wtedy na Krymie od kwietnia 1920 roku istniał Rząd Południa Rosji z gen. Piotrem Wranglem na czele. Biali zajmowali wtedy tereny, o których teraz wszyscy słyszymy: okolice Chersonia, obwód zaporoski, choć bez Donbasu. Moskwa musiała się liczyć także z wieloma buntami chłopskimi, niespokojnie było na ziemiach ukraińskich, białoruskich, a także w głębi Rosji.

Rzeczywiście efekt rozmów ryskich można jednoznacznie negatywnie ocenić? Nie można zapominać, że większości postanowień bolszewicy nie dotrzymali.

Druga strona sporu nie dotrzymała wielu postanowień. Traktat ryski miał wprowadzić stały pokój, a przecież na polskie Kresy wysyłano bojówki, oddziały partyzanckie, tamte tereny zapłonęły. Dlatego w 1924 r. powstał Korpus Ochrony Pogranicza, który uspokoił sytuację. Jest też taka opowieść o „30 srebrnikach”, za które endek Stanisław Grabski (jeden z negocjatorów - red.) sprzedał bolszewikom w Rydze Ukraińców Petlury oraz Polaków z ziem wschodnich dawnej Rzeczypospolitej.

W ramach umowy Sowieci mieli Polsce wypłacić 30 milionów rubli w złocie, czego oczywiście nie zrobili. I ówcześni krytycy traktatu, trzymając się symbolicznej liczby 30, ukuli narrację o zdradzie za 30 srebrników.

Rozmawiał Kacper Świsłowski, dziennikarz cashless.pl i green-news.pl

Dr hab. Mirosław Szumiło

Dr hab. Mirosław Szumiło

– prof. UMCS, pracownik naukowy IPN. Badacz historii stosunków polsko-ukraińskich oraz partii i systemów komunistycznych w Europie. Redaktor naczelny czasopisma „Pamięć i Sprawiedliwość”.

Artykuł został opublikowany w 32/2022 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0

Czytaj także