A więc wojna

A więc wojna

Dodano: 
Polska piechota, 1939 r.
Polska piechota, 1939 r. Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe
W Polsce wyczekiwano nadejścia wojny. I dopóki nie przyszła, z mediów można było się cokolwiek dowiedzieć. Później było już tylko gorzej.

II Rzeczpospolita, a przynajmniej jej władze, wiedziała co najmniej od lata 1939 r., że konflikt zbrojny jest nieunikniony. Zwłaszcza po tym, jak w marcu tego samego roku III Rzesza ostatecznie zajęła Czechosłowację. To wtedy decyzją marszałka Edwarda Śmigłego–Rydza rozpoczęła się częściowa mobilizacja wojsk w kraju. Od tego okresu kolejne zdarzenia wskazywały na jedno: wojnę. Słychać było to w głośnym przemówieniu ministra spraw zagranicznych Józefa Becka z maja, w kolejnych doniesieniach ze świata.

Mniej lub więcej o zagrożeniu wiedzieli także obywatele II RP. Z jednej strony życie do 1 września toczyło się swoim rytmem, ale wojenny ton co jakiś czas powracał. Przypominała o tym prasa, radio, ale nie tylko. O tym, że na horyzoncie majaczy konflikt, można było zauważyć choćby za sprawą zbiórek i to nietypowych.

W 1936 roku powstał specjalny Fundusz Obrony Narodowej, który zajmował się gromadzeniem środków dla wojska, nie tylko ze źródeł państwowych. Do funduszu obywatele mogli wpłacać gotówkę, a także przekazywać wartościowe przedmioty, pamiątki, złoto i inne cenne metale. W tej akcji nie było przypadku, ponieważ wcześniej w podobny sposób udało się zebrać pieniądze na okręt podwodny ORP „Orzeł”. Zrobiono to za pośrednictwem Funduszu Obrony Morskiej. Był więc okręt z crowdfundingu, jak teraz byśmy nazwali ten zryw, ale i powszechna „zrzutka” na wojsko.

W oczekiwaniu na wojnę

Wojenną atmosferę rozwiewały też liczne doniesienia, które co jakiś czas wskazywały na to, że wojny nie będzie. Po chwili natomiast pojawiały się inne – że lada moment do niej dojdzie. Pojawiały się sygnały, że któreś z państw europejskich swoją interwencją jednak utrzyma pokój, który – z małymi przerwami – trwał na Starym Kontynencie od niewiele ponad 20 lat. Takie jeszcze względnie optymistyczne sygnały o tym, że sprawa nie jest przesądzona, można znaleźć w wielu publikacjach tuż przed początkiem konfliktu.

Na dwa dni przed wybuchem wojny w wydaniu z 30 sierpnia „Kurjer Czerwony” w swoim wieczornym wydaniu umieścił na pierwszej stronie: „Kryzys europejski u szczytu. Późną nocą nadeszła odpowiedź Hitlera do Londynu. Jeszcze się ważą losy pokoju i wojny”. Z tekstu zatytułowanego „Włosi wierzą, że Mussolini uratuje pokój” z tego samego dziennika można się było dowiedzieć, że „szary człowiek Italii znów wierzy, że Duce niewątpliwie działa w kierunku pohamowania Hitlera i że potrafi uratować pokój”.

Wszystkie te doniesienia z 30 sierpnia 1939 r. teraz wydają się jednak złudnym, życzeniowym myśleniem. Zwłaszcza że chwilę później wybuchł największy konflikt w dziejach ludzkości. Wtedy prasa nie wiedziała jednak na przykład o tym, co o planie Fall Weiss i Polsce mówił sam Adolf Hitler w rozmowie z oficerami Wehrmachtu, wydając ostatnie rozkazy. – Bądźcie bez litości! Bądźcie brutalni! Zniszczenie Polski jest naszym pierwszym zadaniem – to słowa Führera, które padły na niewiele ponad tydzień przed inwazją, bo 22 sierpnia.

Ci Polacy, którzy nie wierzyli w szanse na pokojowe rozwiązania, a poczuwali się do obrony kraju, rzucili się za to do kopania rowów. Krótka notka o tym znalazła się co prawda w „Kurjerze Czerwonym”, ale płocki katolicki „Głos Mazowiecki” zrobił z tego temat na pierwszą stronę. „Poza rokiem 1920 nie było jeszcze w Płocku takiego zapału patriotycznego, jaki widzimy w tych dniach. Gdy padł zew do kopania rowów obronnych, płocczanie masowo idą z łopatą w ręku, by dać dowód swego gorącego i ofiarnego patriotyzmu. Kogo przy kopaniu rowów się nie widzi! Inteligent staje do pracy razem z robotnikiem, kobiety obok mężczyzn, starzy i młodzi (...)” – pisano.

Przeciętny obywatel mógł mieć za to wrażenie – dopiero czas pokazał, że błędne – że Polska nie jest i nie zostanie sama w razie agresji III Rzeszy. Nie działo się to ze złej woli prasy, takie były realia tamtych czasów – wyglądało na to, że sojusze II RP gwarantują jej względne bezpieczeństwo. Dlatego też nie brakowało takich nagłówków jak „Berlin w gorączce – Europa z karabinem u nogi; Zaczyna się blokada Niemiec” z „Wieczoru Warszawskiego” z 26 sierpnia. Wiele miejsca poświęcano zwłaszcza polsko-angielskiemu układowi sojuszniczemu. Zresztą nieprzypadkowo, bo podpisano go zaledwie dzień wcześniej. „Hitler w ślepej uliczce pisze listy do Mussoliniego i Chamberlaina; antywojenne nastroje w Niemczech” – to z kolei „Goniec Warszawski” z 30 sierpnia.

Uważnie – zwłaszcza na południu – przyglądano się z kolei Słowacji, w zasadzie państwa marionetkowego III Rzeszy, na którego czele stał Jozef Tiso. Gdy w innych dziennikach pierwsze strony zajmowały sprawy Polski, Anglii, Niemiec, tak „Gazeta Lwowska” otwierała ostatnie wydanie przed wybuchem wojny sprawą Słowacji. Południowy sąsiad ogłosił wówczas, że grozi mu agresja ze strony Polski i apelował, by ludność „odnosiła się do wojsk niemieckich (które wkroczyły do Słowacji) jako dobrych przyjaciół i współpracowała z nimi w walce ze wspólnym wrogiem”.

Jak Polacy Berlin bombardowali

Wszystkie te spekulacje, niedopowiedzenia i mniej czy bardziej sensacyjne doniesienia przecięły wydarzenia 1 września. Do historii już przeszedł komunikat, który dwa dni wcześniej nagrał aktor, reżyser radiowy i dziennikarz Józef Małgorzewski, a który odtworzono w Polskim Radio zaraz po 6.30. – A więc wojna. Z dniem dzisiejszym wszelkie sprawy i zagadnienia schodzą na plan dalszy. Całe nasze życie publiczne i prywatne przestawiamy na specjalne tory. Weszliśmy w okres wojny. (...) – ogłosił Małgorzewski.

Państwo na każdym poziomie przeszło z trybu oczekiwania do stanu wojny. Widoczne jest to też na poziomie przepływu informacji – z każdym dniem nowe doniesienia były w zasadzie coraz dalsze od rzeczywistości.

W pierwszych dniach kampanii wrześniowej skupiano się głównie na doniesieniach z frontu – dosyć chaotycznych – i publikacjach odezw do narodu. Na samym początku dominowały względnie pozytywne nastroje, utrzymywane przez media. Mimo informacyjnego szumu nie bez echa przeszły niemieckie bombardowania miast, media co rusz informowały o szacunkowych stratach wroga. Dopiero teraz możemy krytycznie ocenić część z tych wyliczeń, a te nie zawsze zgadzały się ze stanem faktycznym. Trzeba mieć jednak sporo złej woli, by takie podnoszące na duchu materiały kolportowane przez polską prasę uznawać za dezinformację. To, jak ważna jest propaganda – oczywiście stosowana z rozwagą – pokazują nam ostatnie miesiące wojny w Ukrainie i Kijów bijący się z Rosją także na polu informacji.

Trzeba jednak przyznać, że były również momenty, które teraz mogą co najwyżej wywoływać uśmiech politowania, a i wtedy tylko wojenny entuzjazm sprawiał, że ktokolwiek wierzył w podobne rewelacje. Krakowski „Czas” 5 września postanowił dostarczyć czytelnikom nie lada sensacji. Oto eskadra polskich bombowców, złożona z 30 maszyn zbombardowała Berlin. Nic takiego się nie wydarzyło, ale zdaniem dziennika samoloty wróciły do kraju, a cała ta sytuacja dowodziła, że „artyleria przeciwlotnicza niemiecka działa całkowicie źle”. „Nasz przegląd” twierdził z kolei w drugiej połowie września, że niemieckie straty to blisko 100 tys. zabitych i rannych.

Bombardowanie Warszawy, 1939 r.

Takie oderwane od rzeczywistości doniesienia nie ograniczały się wyłącznie do okresu starć. Zaraz po wybuchu wojny w „Ilustrowanym Kuryerze Codziennym” można było natrafić na analizy, w których dowodzono, że III Rzesza nie wygra tego starcia. „1:14 i 1:5” – to nagłówek do tekstu, w którym wyliczano, że za Polską stoi co najmniej 14 państw, a za Niemcami – zaledwie pięć. „Słuchajmy głosu statystyki” – przekonywał autor i dowodził, że już sama demografia przemawia za zwycięstwem, gdyż na jednego obywatela III Rzeszy i jej sojuszników przypada pięciu „dzięki niewyczerpanym rezerwom ludzkim Wielkiej Brytanii i Francji” oraz reszty państw antyniemieckiego aliansu.

To nasz ostatni komunikat

Jak bardzo pomylił się autor analizy z „Ikaca”, pokazały kolejne wydarzenia, a także sowiecka agresja z 17 września. Każdy dzień przynosił coraz to gorsze wieści, nagłówki o „Panicznym odwrocie wojsk niemieckich” z 9 września zaczęły ustępować tym kolejnych o stratach i przegranych (choć i te dozowano).

„Ilustrowany Kuryer Codzienny”, wydawany w Krakowie, z nową rzeczywistością zderzył się zresztą dosyć szybko. Ostatni numer „Ikaca” wyszedł 3 września, trzy dni później zajęto dawną stolicę Polski, a po ponad tygodniu Niemcy zaczęli sami prowadzić gazetę. To m.in. dlatego w wydaniu z 18 września można było w niej znaleźć materiały proniemieckie i krytyczne wobec rządu II RP, jego działań i sojuszników kraju. „Anglia zarabia na zgubie Polski. W. Brytania przewozi skarb państwa polskiego do Londynu. Żydzi i wielcy panowie polscy przenoszą siebie i swoje pieniądze w bezpieczne miejsce” – pisano na pierwszej stronie „Kuryera”.

Chaos informacyjny nasilił się po 17 września, gdy idący ze wschodu Rosjanie zaczęli przejmować kolejne tereny. Nadejście sowietów oznaczało koniec jakichkolwiek marzeń o zwycięstwie, ale i to nie powstrzymywało jeszcze istniejące wydawnictwa przed zamieszczaniem publikacji przepełnionych sukcesami polskiego wojska. Brakowało za to informacji o zdobywanych przez III Rzeszę i ZSRR miastach. Z tego schematu wyrywa się trochę „Goniec Warszawski”, choć w przewrotny sposób. Bo jak inaczej tłumaczyć przedstawienie podejścia sowietów pod Lwów i Grodno jako problem dla Niemiec, które ZSRR odcina w ten sposób od polskiej nafty?

Symbolicznym dniem stał się 30 września, przynajmniej dla mediów II RP. Zajęcie Warszawy przez Niemców oznaczało, że przejęte zostały w zasadzie ostatnie ośrodki prasowe. Te co prawda jeszcze w październiku próbowały kontynuować działanie, ale 7 i 8 dnia tego miesiąca ukazały się ich ostatnie wydania. Opisywany 30 września ma nawet podwójną symbolikę. Tak jak początek wojny ogłaszał Józef Małgorzewski, tak przypadło mu odczytać ostatni komunikat Polskiego Radia, właśnie tego dnia: – Halo, halo, czy nas słyszycie? To nasz ostatni komunikat. Dziś oddziały niemieckie wkroczyły do Warszawy. Braterskie pozdrowienia przesyłamy żołnierzom walczącym na Helu i wszystkim walczącym, gdziekolwiek się jeszcze znajdują. Jeszcze Polska nie zginęła. Niech żyje Polska!

Artykuł został opublikowany w 34/2022 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0

Czytaj także