Uciekli przed niemieckim obozem. Po 80 latach opowiada, jak ojciec ocalił rodzinę

Uciekli przed niemieckim obozem. Po 80 latach opowiada, jak ojciec ocalił rodzinę

Dodano: 
Jan Przybysz, 88 lat – pracownik FSO
Jan Przybysz, 88 lat – pracownik FSO Źródło: Archiwum prywatne / Jan Przybysz
Niemiecki żołnierz pilnował wejścia do obozu w Pruszkowie. Ojciec błagał go o przepuszczenie rodziny z małym dzieckiem. Rozmawiali po polsku. Po chwili żołnierz pozwolił im odejść. Jan Przybysz miał wtedy sześć lat. Dopiero po kilkudziesięciu latach zrozumiał, jak wiele mogło zależeć od tej jednej rozmowy.

„Wojna” to teraz tylko słowo. Pięć liter, które dzieci piszą w zeszytach, a dorośli wymawiają z powagą przy stole albo przy telewizorze. Ale kiedy ja byłem dzieckiem, to słowo nie istniało. Znaczy istniało, słyszałem je, dorośli mówili je często, ściszając głos, ale ja nie wiedziałem, co ono właściwie oznacza. Wiedziałem tylko, że kiedy rodzice je wymawiają, to robią takie twarze, jak kiedy coś bardzo boli i nie chce się pokazywać, że boli.

Mam teraz tyle lat, że przeszłość wydaje mi się nieraz bardziej wyraźna niż to, co zdarzyło się w zeszłym tygodniu. Pamiętam zapach mokrego bruku, pamiętam zimno przez podeszwy butów, pamiętam, jak koza szła przy nodze ojca. Ale tego, co najważniejsze, tego, co naprawdę działo się wokół mnie, przez długi czas nie rozumiałem. I może to jest właśnie najważniejsza rzecz do powiedzenia: że byłem w środku czegoś ogromnego i w ogóle o tym nie wiedziałem. Miałem sześć lat. Obserwowałem. Zapamiętywałem. Ale znaczenie tego wszystkiego docierało do mnie dopiero potem, przez dziesiątki lat, kawałek po kawałku, jak układanka, do której ciągle brakuje części.

Zacznę od szczygłów

To jest moje pierwsze wyraźne wspomnienie z tamtego czasu, nie ludzkie, nie wojenne. Ptak. A raczej ptaki, całe ich mnóstwo: małe, ruchliwe, w kolorach, których nie umiałem wtedy nazwać, bo nie znałem jeszcze słów „szkarłat” ani „złoto”. Wiedziałem tylko, że są ładne. Siedziały na łodygach ostów na polach za Chodakowem i wyjadały nasiona z suchych, kolczastych główek. Robiły to szybko, sprawnie, z jakimś skupieniem, które mi imponowało. Taki mały ptak i taka precyzja.

Teraz wiem, że to były szczygły. Wtedy wiedziałem tylko, że chce mi się na nie patrzeć. Chodaków to jest miejscowość pod Sochaczewem, przepływa przez niego rzeka Utrata. Najpierw mija Żelazową Wodę (tak się nazywało to miejsce), a potem wchodzi w środek Chodakowa i idzie dalej. Tam spędziliśmy część okupacji. Dlaczego tam, a nie w Warszawie, to już jest historia rodziców, nie moja. Ja tylko wiem, że tam były pola z ostami i szczygły, i że ja, sześcioletni brzdąc, lubiłem chodzić nad rzeczkę po godzinie czternastej albo piętnastej, kiedy nikt za bardzo nie pilnował, gdzie łażę.

17 stycznia 1945 roku, koło godziny szesnastej, szedłem właśnie w tamtą stronę. Był zmierzch, ale taki wczesny, zimowy, jeszcze nie czarny, tylko sinawy. I wtedy zobaczyłem ich.

Było ich czterech. Szli w moją stronę i już z daleka wiedziałem, że coś jest nie tak, ale nie umiałem powiedzieć co. Może dlatego, że szli inaczej niż Niemcy, których znałem – a znałem ich, bo mieszkali kawałek dalej, przy ulicy Parkowej, w takim dwupiętrowym budynku, i czasem przejeżdżali przez Chodaków na motocyklach z koszami bocznymi, tak zwanymi łódkami. Niemcy zawsze szli pewnie, głośno, jakby cały czas chcieli, żeby ich było słychać. A ci czterej szli inaczej. Cicho. I szybko, ale nie tak, jakby się śpieszyli, bardziej jakby uważali. Mieli automaty przed sobą.

Teraz, po tylu latach, rozumiem, że to był zwiad. Polski zwiad. Żołnierze idący przed główną kolumną, żeby sprawdzić, czy droga jest bezpieczna. Widzę to teraz wyraźnie. Ale wtedy zobaczyłem czterech mężczyzn w mundurach, którzy szli w moją stronę, i poczułem coś, co można by nazwać trwogą, gdybym znał słowo „trwoga”. Trochę. Nie aż tak, żeby płakać. Nie, nie, nie. Ale trochę.

Zatrzymali się przy mnie. Jeden z nich – czy to był pierwszy, czy drugi, nie pamiętam twarzy, pamiętam tylko mundur i to, że był wysoki – zapytał: „Skąd jesteś?”. „Stąd” – powiedziałem. Bo byłem stąd. W tej chwili. „A gdzie są Niemcy?”.

I tu jest moment, który pamiętam bardzo dokładnie. Nie dlatego, żeby był szczególnie dramatyczny, dla mnie nie był. Ale odpowiedziałem szczerze, tak jak się odpowiada na proste pytanie: „Nie ma już Niemców. Rano byli, mieszkali na Parkowej, pod jedynką, tam w tym budynku dwupiętrowym. Ale rano już odjechali”. „Czy widziałeś ich?”. „Widziałem. Rano odjechali”. Tyle wiedziałem. Niemcy rano odjechali na tych swoich motocyklach z koszami. Budynek przy Parkowej stał pusty. Tego ranka nie było już stukotu silników, nie było głosów w obcym języku. I tyle. Reszty – co to znaczy, dlaczego, co teraz będzie – tego nie wiedziałem. Miałem sześć lat. Interesowały mnie szczygły.

Tamci czterej posłuchali tego, co powiedziałem, kiwnęli głowami i pobiegli dalej, w stronę Sochaczewa. Teraz już wiem, że to był właśnie zwiad, szli sprawdzić, czy droga wolna, czy można wejść. I widocznie była wolna, bo godzinę albo dwie później na podwórze wjechały wojska radzieckie, na samochodzie ciężarowym. Na platformie samochodu stało coś, czego nigdy wcześniej nie widziałem: rząd szyn, takich metalowych rur ułożonych jedna obok drugiej, każda skierowana w tę samą stronę. Zanim zdążyłem się porządnie przyjrzeć, żołnierze przykryli to plandeką, ale ja i tak wsadziłem nos tam, gdzie trzeba. To była katiusza. Radziecka wieloprowadnicowa wyrzutnia rakiet. Jedna z najstraszliwszych broni tamtej wojny, której bali się wszyscy, Niemcy i alianci jednakowo. Bali się katiuszy, bo jak zaczynała strzelać, to się nie zatrzymywała, aż wszystko co mogła trafić, trafiła.

Ja zobaczyłem szyny. I pomyślałem: szyny jak szyny. Jak szyny kolejowe, tylko mniejsze. Przykryli to plandeką, i tyle.

Źródło: Wprost