Dzieje jednego anioła

Dzieje jednego anioła

Dodano:   /  Zmieniono: 
Jeśli zdarzyło się na polskiej ziemi Jedwabne, jeśli po wojnie panował tu strach, to jednocześnie żyła tu Irena Sendlerowa

Żegnano ją po królewsku. W godzinie jej pogrzebu na warszawskich Powązkach, w samo południe 15 maja 2008 r., na chwilę zamarł ruch uliczny w Warszawie. Wielu kierowców nacisnęło klaksony, by do wszystkich dotarło, że Irena Sendlerowa nie żyje. W tysiącach polskich szkół, tysiące polskich dzieci powstało, by minutą ciszy uczcić pamięć Matki Dzieci Holocaustu. W dziesiątkach światowych stacji radiowych i telewizyjnych, w setkach redakcji prasowych formułowano komunikat, że oto „odszedł anioł", wspaniały człowiek, którego życie i dzieło nigdy nie może zostać zapomniane. Kobieta, Polka, która w dniach wojny uratowała od śmierci 2500 żydowskich dzieci.

Cicha bohaterka

Jeśli tak lub inaczej Irena Sendlerowa widziałaby swój pogrzeb, zapewne jak przez całe swoje życie gdzieś z góry uśmiechnęłaby się z życzliwym pobłażaniem dla marności tego świata, ludzkiej słabości i obłudy. Zapewne również, jak przez całe życie, zapytana, jak zdołała tego dokonać, próbowałaby opowiedzieć o kilkudziesięciu podobnych jej „aniołach" z Wydziału Opieki Społecznej m.st. Warszawy , bez których jej praca byłaby niemożliwa, i tysiącach, dziesiątkach tysięcy Polaków, ludzi takich samych jak ona, którzy z narażeniem życia własnego i swych rodzin ukrywali wyprowadzone z getta żydowskie dzieci w swoich domach. Zapewne przypomniałaby postacie Zofii Kossak-Szczuckiej, Jana Dobraczyńskiego, Ireny Schultz, Jadwigi Piotrowskiej, Jadwigi Grabowskiej czy słynnej Władysławy Chomsowej (działającej we Lwowie), których zasługi i dokonania były nie mniejsze. Zapewne skromnie i cichutko jak przez całe życie, przypomniałaby, że „aniołem” została względnie niedawno, bo dopiero pod koniec lat 90., gdy kilka dziewczynek z Kansas w Ameryce, wzruszonych gdzieś przeczytaną jej historią, napisało sztukę „Życie w słoiku”.

Wcześniej, choć w 1965 r. przyznano jej tytuł Sprawiedliwy wśród Narodów Świata, choć w 1983 r. posadziła swoje drzewko w Yad Vashem w Jerozolimie, choć w roku 1991 otrzymała honorowe obywatelstwo Izraela, to przecież na nikim nie robiło to wrażenia. Żyła sobie cichutko, dzieląc ubóstwo i samotność z milionami podobnych jej kobiet. Nikt jej nie pytał, ile uratowała dzieci w czasie wojny, i nikt jej nie pytał, ile tzw. dzieci ruin uratowała już po wojnie, będąc naczelnikiem Wydziału Opieki Społecznej m.st. Warszawy. Nikomu też nie opowiadała historii małej Teresy Karner, żydowskiej dziewczynki, która uciekła po wojnie z transportu do Palestyny i przez dwa lata mieszkała u niej i której nie udało się jej zatrzymać w Polsce. W ogóle niewiele opowiadała o sobie. O swoim rozczarowaniu powojennymi stosunkami politycznymi, z którymi jako przedwojenna socjalistka, w czasie wojny działaczka Robotniczej Partii Polskich Socjalistów, automatycznie w 1948 r. wcielona do PZPR, wiązała wielkie nadzieje. O przesłuchaniach w Urzędzie Bezpieczeństwa pod koniec lat 40., tak brutalnych, że w ich wyniku miała utracić dziecko.

Tak zresztą jak nikomu nie opowiadała o przesłuchaniach na Szucha, po aresztowaniu w październiku 1943 r. Gdyby nie notatka współwięźniarki z Pawiaka, dr Anny Czuperskiej-Śliwickiej, że Irena Sendlerowa, „działaczka Rady Pomocy Żydom »Żegota«, aresztowana 18 X 1943 roku pod zarzutem pomocy Żydom, przechodziła bardzo ciężkie przesłuchania, lecz nikogo nie wydała (…). 13 XI 1943 roku została wywołana z celi i wraz z innymi więźniarkami zawieziona na Szucha, skąd nieznany jej gestapowiec wyprowadził ją z gmachu i na rogu al. Szucha i al. Wyzwolenia powiedział jej, że jest wolna" – nigdy nie dowiedzielibyśmy się, że była torturowana. Sama nigdy też nie poznała tajemnicy swego ocalenia. Wiedziała tylko tyle, że stało się to za sprawą szefa Żegoty Juliana Grobelnego „Trojana”. To jednak, ile organizacja musiała zapłacić Niemcom za jej uwolnienie, na zawsze pozostało tajemnicą.

Pierwsza odważna

Właściwie o tym, że ludzie z Wydziału Opieki Społecznej m.st. Warszawy i Rady Pomocy Żydom uratowali 2500 żydowskich dzieci, świat miał się dowiedzieć dopiero w 1979 r. Wcześniej obowiązywały ustalenia i szacunki dr. Szymona Datnera, który oceniał liczbę uratowanych w Warszawie żydowskich dzieci na 500-600. Wspólne oświadczenie Ireny Sendlerowej, Jadwigi Piotrowskiej, Izabeli Kuczkowskiej i Wandy Drozdowskiej z marca 1979 r. określało tę liczbę na 2500 dzieci. Przy czym stwierdzano, że 500 dzieci za pośrednictwem Wydziału Opieki Społecznej umieszczono w zgromadzeniach zakonnych, 200

– poprzez Pogotowie Opiekuńcze Miejskie w Domu ks. Boduena, 500 – w zakładach Rady Głównej Opiekuńczej, 100 – w oddziałach partyzanckich i 1300 – w rodzinach zastępczych. Prawie kompletną listę dzieci Irena Sendlerowa przekazała już po wojnie przewodniczącemu Centralnego Komitetu Żydów w Polsce Adolfowi Bermanowi.

Wielkość zasługi Ireny Sendlerowej polegała więc nie na liczbie uratowanych żydowskich dzieci, tę bowiem dzieliła ona z co najmniej kilkudziesięcioma osobami, ale na tym, że rozpoczęła swoją działalność natychmiast po zakończeniu działań wojennych w 1939 r. Dysponując wraz z Ireną Schultz przepustkami do getta, długo po jego zamknięciu dostarczały żywność, lekarstwa, szczepionki przeciwko tyfusowi i wyprowadzały dzieci. Historia niechętnie przypomina, że Rada Pomocy Żydom powstała w ostatnich miesiącach 1942 r., a więc wtedy, gdy w getcie z ponad 400 tys. pozostało już ledwie 40 tys. Żydów. Co więcej, od stycznia 1943 r. nie istniały już żadne przepustki do getta i uratowanie kogokolwiek było bardzo trudne, jeśli w ogóle możliwe. To, czego dokonali Irena Sendlerowa i jej warszawski Wydział Opieki Społecznej, odbyło się wcześniej. To zresztą najbardziej przejmujące świadectwa historii, bo nikt w getcie nie chciał oddać swego dziecka na aryjską stronę. Jak zapisał Emanuel Ringelblum, „z kół ortodoksyjnych i narodowych padały zarzuty, że dzieci zostaną wychrzczone i na zawsze będą stracone dla narodu żydowskiego". „Lecz, niestety, największą chyba trudnością – zapisała Władysława Chomsowa – była bierność samych Żydów, rezygnacja z oporu i lęk przed ryzykiem ucieczki. Jak urzeczeni żyli nadzieją, że jakoś przeżyją”.

Dramatyczną próbę przekonania żony słynnego przywódcy Bundu Szmula „Artura" Zygielbojma, by powierzyła synka ludziom po aryjskiej stronie, opisuje Teresa Prekerowa: „Nie mogę tego zrobić – odpowiedziała matka. Nie mogę się z nim rozłączyć. Mój syn nie ma nikogo prócz mnie. Chronię go jak źrenicę oka. Razem przecierpieliśmy mękę i nieszczęścia. Nie! On by zginął beze mnie”. Irena Sendlerowa takich rozmów odbyła setki, a może tysiące. Milczała, bo cóż mogła powiedzieć. Podobnie milczała już po wojnie, gdy żydowskie dzieci ocalone z Zagłady bezdusznie odbierano rodzicom zastępczym. Własnych rodziców już nie miały. Nie wiedziały, że są dziećmi Izraela, chciały zostać, często z jedyną matką, jaką znały, z jedynym ojcem i w jedynym rodzinnym domu. Sendlerowa milczała, bo cóż mogła powiedzieć. Ta historia dramatu miłości zrodzonej w latach Zagłady, której nie uszanowano i o której nikt już nie pamięta, to wart przypomnienia fragment historii tamtych lat.

Wyrok śmierci

W historii Ireny Sendlerowej jest jeden, zupełnie nieznany, haniebny rozdział. Oto w kwietniu 1944 r. referat żydowsko-komunistyczny w Centrali Służby Wywiadowczej Dowództwa NSZ sporządził następujący dokument: „Sendlerowa Irena, ur. Krzyżanowska, c. Stanisława i Janiny, ur. 15.10.1910, rzym[ska] kat[oliczka]. Nos lekko orli, wyraz twarzy b[ardzo] surowy, wzrost ca 160 cm, oczy jasne, szatynka, zmieniła ostatnio kolor na rudy, włosy obcięte przy karku. Mężatka – mąż Mieczysław w oflagu, wykształcenie średnie i wyższe humanistyczne. Zam. oficjalnie, ul. Ludwiki 6 m. 82, obecnie ukrywa się. Ubiera się elegancko, dysponuje dużymi kwotami. Była aresztowana przez Gestapo pod zarzutem uprawiania działalności komunistycznej, siedziała na Pawiaku ok. 4 tygodni. Została zwolniona. Ostatnio Gestapo znów się nią zainteresowało i poszukuje. (…) Zdecydowanie komunistka. Oficjalnie jest w jakiejś organizacji kobiecej, z ramienia której wchodzi do SOS [Społeczna Organizacja Samoobrony]. Pozoruje demokratkę nie mającą nic wspólnego z komunizmem". Ten dokument, niedawno dopiero ujawniony przez historyków z IPN, znajdował się w tej samej teczce, w której umieszczono podobne donosy na Aleksandra Kamińskiego, wielkiego wychowawcę młodzieży, autora słynnych „Kamieni na szaniec”, oraz na Jerzego Makowieckiego, jednego z twórców Żegoty, a także Ludwika Widerszala z BIP ( Biura Informacji i Propagandy) Komendy Głównej AK. Jak wiadomo, obaj ostatni zostali skrytobójczo zamordowani w czerwcu 1944 r. przez nieznanych sprawców. Wszystko wskazuje więc na to, że w tych ponurych dniach na Irenę Sendler także został wydany wyrok śmierci, nasz własny, polski. Szczęśliwie niewykonany.

Szczęśliwie, bo dzięki temu dzisiaj, w dniach pożegnania Ireny Sendler, cały świat mógł usłyszeć tę historię ludzkiego życia z prostą miłością i z prostym morałem. A świat, jak się zdaje, tej historii właśnie dzisiaj wyjątkowo potrzebował. Świat i Polska, poruszona i wstrząśnięta „Strachem" Jana Grossa. Potrzebowaliśmy tej historii wszyscy - jako oczywistego historycznego rewersu dokumentującego, że jeśli zdarzyło się na polskiej ziemi Jedwabne, czy że jeśli po wojnie panował tu strach, to jednocześnie żyła wśród nas Irena Sendlerowa i setki, tysiące podobnych jej aniołów. 

Więcej możesz przeczytać w 21/2008 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0

Czytaj także