Kłamstwo gibraltarskie

Kłamstwo gibraltarskie

Dodano:   /  Zmieniono: 3
Co się znajdowało w zaginionej czarnej teczce Sikorskiego?

Wielu od początku wiedziało, że to kłamstwo. „Ta śmierć dramatyczna w przełomowej chwili wojny – pisał w swym dzienniku ambasador Polski w Wielkiej Brytanii Edward Raczyński – kiedy najważniejsze i najbardziej odpowiedzialne decyzje miały zapaść przy naszym współudziale i kiedy, jak się zdaje, dochodzi do skutku od dawna zapowiedziane spotkanie Stalina z Rooseveltem i Edenem (w miejsce Churchilla), jest dziwnym dopustem Opatrzności. Tak dziwnym i tak dla nas groźnym, że powszechnie między Polakami powstało podejrzenie, czy Opatrzności nie wyręczyła zbrodnicza ręka".

Polacy od początku, od 4 lipca 1943 r., kiedy z Gibraltaru przyszła wiadomość o tragicznej śmierci generała Sikorskiego i towarzyszącej mu ekipy, zaczęli stawiać pytania. Początkowo, gdy jeszcze nie znano podstawowych faktów, pytania naiwne. Przede wszystkim o czarną teczkę Sikorskiego, która zaginęła, a w której miały się znajdować dokumenty o kapitalnym znaczeniu dla powojennej niepodległości i integralności ziem Rzeczypospolitej. Wierzono, że Sikorski woził zawsze przy sobie jakieś brytyjskie gwarancje, a także po otrzymaniu w czerwcu 1943 r. tajemniczego listu od Roosevelta – gwarancje amerykańskie. Polacy wierzyli, że sprawa polska była na najlepszej drodze do dobrych rozwiązań przy pomocy Ameryki i Anglii. Gdyby nie ta tragiczna katastrofa.

Przestępstwo pospolite

Dzisiaj gdy już wiemy, że mityczna czarna teczka generała była w istocie pusta, a w tajemniczych listach Roosevelta i Churchilla nie było nic tajemniczego, wiemy także, że sprawa polska w tym momencie wbrew polskim nadziejom nie była już na żadnej drodze. Poza drogą do Teheranu, gdzie została zakończona zaocznym wyrokiem skazującym. Jest znamienne, że natychmiast po konferencji w Teheranie, 9 grudnia 1943 r., polskie Ministerstwo Sprawiedliwości mimo zakończonego śledztwa brytyjskiego, brytyjskich oficjalnych oświadczeń i komunikatów wykluczających sabotaż, a cóż dopiero zamach, rozpoczyna śledztwo w sprawie śmierci Sikorskiego na Gibraltarze z artykułu 1. Dekretu Prezydenta RP z 29 kwietnia1940 r. o zabezpieczeniu i zbieraniu dowodów w sprawach o przestępstwa pospolite. To nie błąd korektorski ani redakcyjna pomyłka. Prokurator Sądu Najwyższego dr Tadeusz Cyprian rozpoczął przesłuchania w sprawie śmierci gen. Sikorskiego, kwalifikując zdarzenie jako przestępstwo pospolite.

Czyje przestępstwo? Tego nie wiadomo. Znamy tylko jeden protokół przesłuchania. Dla badacza nie ulega jednak wątpliwości, że nie rozpoczyna się całego procesu dla jednego przesłuchania, jednego świadka. Nie ulega też wątpliwości, że polskich świadków tragicznych zdarzeń na Gibraltarze było wielu, a może nawet bardzo wielu. Wbrew dotychczasowym ustaleniom Polska była na Gibraltarze reprezentowana nie wyłącznie przez ppor. Ludwika Łubieńskiego (notabene wysokiego oficera służby kontrwywiadu brytyjskiego MI5), oficjalnie pełniącego tu służbę oficera łącznikowego do gubernatora gen. F.N. Masona MacFarlane’a, ale także przez grupę polskich oficerów Oddziału VI, grupę oficerów Oddziału II, grupę oficerów obsługujących tzw. Wydział do spraw Ewakuacji oraz grupę oficerów Polskiej Misji Morskiej na Gibraltarze.

Stała obecność kilkudziesięciu polskich oficerów w tym newralgicznym punkcie jest oczywista dla każdego, kto cokolwiek wie o tej wojnie. Tu bowiem, na Gibraltarze, na co dzień pojawiają się polskie okręty, tędy przechodzą do Anglii setki i tysiące polskich żołnierzy ze wszystkich zakątków Europy. Jest ich tak wielu, że w kwietniu 1943 r. trzeba było na Gibraltarze powołać na stałe pluton polskiej żandarmerii. Ale to właśnie, co ukryto przed nami, to owa liczna polska obecność w tym miejscu w pierwszych dniach lipca 1943 r., podczas wizyty gen. Sikorskiego – obecność równie liczna jak zawsze.

Kłopotliwe pytania

Bez wątpienia prokuratorzy IPN, którzy w najbliższych miesiącach będą podejmować decyzję co do celowości otwarcia trumny Sikorskiego i przeprowadzenia badań sądowo-medycznych mających ustalić prawdziwą przyczynę śmierci generała, albo już dysponują danymi dotyczącymi tych polskich, gibraltarskich oficerów, albo już konsultują sprawę z wybitnymi gibraltarskimi profesorami historii – Garlickimi, Wawrami czy Kisielewskimi, by owe dane uzyskać. Nie przeszkadzając w tym wielkim polskim śledztwie i patriotycznym dziele odkrycia prawdy, może warto dodać owym wybitnym polskim umysłom do rozważenia kilka pytań ważnych dla tej historii.

Skoro katastrofa zdarzyła się o 23.07, to jak było możliwe, by pierwsze depesze skierowane do Londynu, że „wszyscy zginęli", zostały wysłane tuż po północy, czyli po 40-50 min. Pytanie to wydaje się o tyle zasadne, że kutry ratunkowe wyruszyły z portu gibraltarskiego w kierunku tonącego samolotu natychmiast po wypadku. A skoro miały do przepłynięcia (w prostej linii, nie licząc kluczenia po torach wodnych między gęsto ustawionymi minami) w jedną stronę 15 km i z powrotem z ciałami do portu drugie 15 km (wokół skały), to razem musiały przepłynąć około 30 km. Przyjmując, że poszukiwanie i wyławianie ciał również musiało pochłonąć w nocy choćby kilka minut, to z wyliczeń wynikałoby, że kutry musiałyby rozwijać prędkość 50-60 km/h. Nawet dzisiaj najnowocześniejsze jednostki nie potrafiłyby tego dokonać.

A nawet gdyby brytyjskie dane dotyczące akcji ratowniczej przyjąć za prawdopodobne, to czy w ciemną noc po znalezieniu dwóch osób żywych (pilot i brygadier Whitley, który zmarł na łodzi ratowniczej) i dwóch ciał (Sikorski i Klimecki) można było godzinę po wypadku wiedzieć ponad wszelką wątpliwość, że wszyscy zginęli i informować o tym Londyn? Wydaje się, że ktoś, kto wysyłał depeszę tej treści pięć minut po północy, musiał już wówczas widzieć wszystkie ciała i znać całą prawdę.

Dziwna akcja ratownicza

Mało wiarygodne są oświadczenia brytyjskie o zaginięciu kilku ciał, m.in. córki generała, Zofii Leśniowskiej. Te ciała rzekomo miały unieść prądy morskie. W zatoce po wschodniej stronie skały prądy morskie są minimalne. Co ważniejsze, Gibraltar w obronie przed włoskimi miniaturowymi łodziami podwodnymi operującymi z hiszpańskiego Algeciras był otoczony stalową siatką. Gdyby któreś z ciał rzeczywiście uniósł prąd morski, znalazłoby się najpewniej na owej siatce.

Nie potrafimy też wyjaśnić innego fenomenu. Oto po rzekomej katastrofie ogromnego samolotu (24 tony), jego rozbiciu i zatonięciu 450-500 m od brzegu, gdy w wodzie znalazły się tony benzyny lotniczej, bo liberator już bez międzylądowania miał dolecieć pod Londyn, a więc był zatankowany do pełna, do wody z benzyną, do unoszących się nad falami oparów paliwa samoloty brytyjskie zrzucały race, by oświetlić miejsce wypadku. Ku zdziwieniu nawet brytyjskiej komisji śledczej nie włączono reflektorów, które z morza mogły oświetlić przestrzeń, natomiast zrzucano race, które powinny pomnożyć ofiary, zabijając w płomieniach uczestników akcji ratowniczej. Morze nie zapłonęło być może dlatego, że żaden z pytanych o to świadków wypadku i akcji ratowniczej nie pamięta, by czuł wówczas zapach benzyny. Jak gdyby ten samolot już w założeniu dowódców miał przelecieć najwyżej kilkaset metrów, a tym samym nie był zatankowany do pełna.

Akcja ratownicza zasługuje na szczególne zdziwienie i uwagę prokuratora. Oto bowiem gibraltarskie lotnisko było wówczas przede wszystkim lądowiskiem dla wodnopłatów. Dlaczego nie użyto w akcji ratowniczej jednego z kilkudziesięciu samolotów zdolnych do lądowania na wodzie? Mógłby się znaleźć przy tonącym liberatorze w ciągu kilku minut, tym bardziej że – jak wskazują wszystkie świadectwa – pogoda była znakomita, a morze spokojne.

Tajemnica kalendarza

Z perspektywy 65 lat gibraltarskiego śledztwa wszystko w tej wymyślonej czy skłamanej historii wydaje się zagadkowe. Dlaczego polski „Orkan", który przybył do Gibraltaru po ciała poległych, zabrał na pokład tylko trumnę gen. Sikorskiego. Dlaczego, o czym świadczą jednobrzmiące relacje marynarzy z „Orkana", brytyjska warta honorowa przy trumnie nie dopuszczała do jej otwarcia, choć żądał tego dowódca okrętu, komandor Hryniewiecki? Dlaczego, o czym mówią dokumenty, wszystkie znalezione polskie ciała „są pozbawione jakiejkolwiek odzieży na sobie"? Dlaczego obraz rozległych śmiertelnych obrażeń w relacji tych, którzy wkładali Sikorskiego do trumny na Gibraltarze w 1943 r., całkowicie różni się od obrazu zwłok generała w relacji tych, którzy wyjmowali Sikorskiego z trumny w Newark w 1993 r. i nie zauważyli jakichkolwiek obrażeń?

Dlaczego tyle pytań? Można z pokorą publicysty wskazać wielkim polskim historycznym umysłom maleńką wskazówkę prowadzącą do istoty tej śmierci czy, jeśli ktoś woli, tej zbrodni. O tym, że gen. Sikorskiego zamordowano, świadczy nie fakt, że gdzieś oto porwana przez Anglików zaginęła czarna teczka, z którą się nie rozstawał, a w której zawarte były dokumenty na wagę polskiej niepodległości. W rzeczywistości zaginął bowiem kalendarz generała, w którym zapisywał każdego dnia wszystko, co ważne. Wszystkie spotkania, rozmowy, plany i nadzieje. I ten bezcenny dokument, z którym Sikorski rzeczywiście nigdy się nie rozstawał, zaginął.

Jeśli ktoś uwierzy, że ów dziennik zatonął nieopodal Gibraltaru, to nie uwierzy, by w tej samej chwili znikły kalendarze Sikorskiego z notatkami z lat 1942, 1941, 1940 czy 1939. A znikły. Z Londynu. Z gabinetu naczelnego wodza. I nikt ich więcej nie widział. I nikt nie miał już o nich więcej pamiętać. W czyje trafiły ręce? Brytyjskie czy polskie? Zapewne na te pytania kiedyś da się odpowiedzieć. Tymczasem są to tylko pytania ze śledztwa o, jak się wydaje, przestępstwo pospolite.

Więcej możesz przeczytać w 30/2008 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 3

Czytaj także