Niezłomny Łukasz Ciepliński

Niezłomny Łukasz Ciepliński

Dodano:   /  Zmieniono: 16
W roku 2011, w 60. rocznicę śmierci, planowane jest odsłonięcie jego pomnika. W samym centrum Rzeszowa. Tak miasto zamierza uczcić pamięć swego bohatera. Tyle tylko, że jeszcze dzisiaj, w przededniu wielkiej rocznicy, niewielu ludzi w Polsce wie, kim był ppłk Łukasz Ciepliński i na czym polega jego szczególne bohaterstwo.

Niewielu ludzi wie, bo niby skąd mieliby wiedzieć, skoro jego postać, pamięć i zasługi ktoś starannie wymazał z polskiej historii. Nawet dzisiaj w obowiązującym podręczniku historii dla liceów ogólnokształcących trudno się doczytać choćby wzmianki o zrzeszeniu Wolność i Niezawisłość i o jego IV Zarządzie, na którego czele stał ppłk Ciepliński. Po prostu zrobiła się nam dziura w historii. I zapewne trwałoby tak jeszcze długo, gdyby nie legenda jego śmierci. Wstrząsająca i tak literacka, że trudno przejść obok niej obojętnie.

Oto 1 marca 1951 r. wyprowadzany na egzekucję w warszawskim więzieniu mokotowskim ppłk Ciepliński zdołał szepnąć jednemu ze współwięźniów szczególne przesłanie dla swego syna. „Jeśli przeżyjesz, odnajdź moją rodzinę i przekaż Andrzejkowi, że ojciec przed śmiercią ukrył w ustach srebrny medalik z Matką Boską Ostrobramską. Postanowił, że gdy padnie strzał, ściśnie zębami medalik tak mocno, by nie wypadł. I gdy kiedyś, już w wolnej i sprawiedliwej Polsce syn szukać będzie szczątków swego ojca, to te z medalikiem wskażą mu właściwy grób". Ppłk Ciepliński wierzył bowiem do ostatniej chwili, że kiedyś ta wymarzona, wolna i sprawiedliwa Polska, dla której właśnie ginął, nadejdzie.

Nie pozwolono mu na pożegnanie ani z żoną, ani z czteroletnim wówczas ukochanym synem. Był więźniem szczególnym, a tym samym szczególnie traktowanym. Nie pozwolono mu ani na widzenia, ani na korespondencję. Pod pretekstem naprawy zniszczonego po trzech latach śledztwa ubrania poprosił o igłę, by ze szmatki znalezionej w celi zrobić sobie chusteczkę. W jej zakładkach, które starannie obrębiał, ukrył kilkanaście grypsów pisanych ołówkiem kopiowym na bibułkach. W jednym z ostatnich napisał do żony: „28 I 1951, Kochana Wisiu, jeszcze żyję, chociaż są to prawdopodobnie już ostatnie dla mnie dni. Siedzę z oficerem gestapo. Oni otrzymują listy, a ja nie. A tak bardzo chciałbym otrzymać chociaż parę słów Twoją ręką napisanych (…). Bogu dziękuję za to, że mogę umierać za Jego wiarę świętą, za moją Ojczyznę i za to, że dał mi tak dobrą żonę i wielkie szczęście rodzinne".

W celi śmierci spędził 137 dni. Być może wówczas jeszcze wierzył, że go ułaskawią i zamienią karę śmierci na więzienie. Przecież wiedział, że komendantów (zwanych prezesami) wcześniejszych zarządów głównych WiN potraktowano łagodniej. Płk. Jana Rzepeckiego, skazanego na osiem lat więzienia, zwolniono po procesie na mocy amnestii. Płk. Franciszkowi Niepokólczyckiemu, choć otrzymał wyrok śmierci i trzymano go podobnie, z Niemcem w jednej celi, okazano łaskę i wyrok zamieniono na dożywocie. Podobnie ppłk. Wincentego Kwiecińskiego, chociaż otrzymał wyrok dożywotniego więzienia, jednak w drodze amnestii zamieniono karę na 12 lat więzienia. Dlaczego jego, prezesa IV Zarządu Głównego WiN, mieliby potraktować surowiej?

Na sali sądowej w ostatnim słowie powiedział: „Staję przed wysokim sądem pod zarzutem dokonanych morderstw, a przecież ja nikogo nie zabiłem. Stoję pod zarzutem zdrady narodu polskiego, a przecież ja w młodości życie swoje Polsce ofiarowałem i dla niej pracować chciałem. Ta tragiczna sprzeczność jest wynikiem tych wszystkich sprzeczności, jakie rozdzierały ostatnie dziesięciolecie, na tle którego i ja działałem".

Wysokiego stalinowskiego sądu w październiku 1950 r. nie interesowały ani sprzeczności dziejów, ani pułapki historii, w jakie wpadli Polacy. Orzekali wyroki śmierci na sześciu członków IV Zarządu WiN i dopilnowali, by wszystkie zostały wykonane. Dlaczego ten IV WiN został potraktowany przez władze inaczej, tak surowo i bezwzględnie? Gdyby jednak kiedyś o to zapytano, to najpewniej znalazłaby się odpowiedź zapisana w materiałach politycznych i rozkazach prezesa Łukasza Cieplińskiego: „W szeregach AK byliśmy żołnierzami, dzisiaj w szeregach WiN jesteśmy obywatelami mającymi nie tylko prawo, ale i obowiązek pracować i walczyć dla uzyskania niepodległości. Tak obowiązki nasze rozumiejąc, wzięliśmy na nasze barki cały ciężar kierowania losami kraju. Bierze- my za to odpowiedzialność i żadna siła z tej drogi nas nie sprowadzi".

To był inny WiN. Bez jakichkolwiek kontaktów z oddziałami zbrojnymi, bez haseł wojskowych, bez akcji zbrojnych. To była organizacja już niewierząca w tzw. wolne wybory, bo wybory, podobnie jak referendum, okazały się sfałszowane od początku do końca. Już niewierząca w żadnego Mikołajczyka czy jakąkolwiek partię, która przyniesie Polsce stosunki demokratyczne. Ciepliński zdawał się nie wierzyć w 1947 r. nawet w hipotetyczną III wojnę światową, w którą uparcie wierzyli Polacy na Zachodzie. On wiedział, że dotychczasowe pol- skie nadzieje okazały się płonne, a wreszcie przegrane. Tworzył inny WiN, organizację kadrową. Z wcześniejszych 20-30 tys. osób w drugiej połowie 1947 r. w siatce IV Zarządu pozostało ledwie 200 ludzi. Sami najpewniejsi.

IV Zarząd zrezygnował z całej nielegalnej działalności prasowej, z akcji „Ż", czyli z propagandy w wojsku ludowym, z akcji „O”, tzw. odpluskwiania, czyli siania niepokojów w szeregach pepeerowców i ubeków przez nękanie ich fałszywymi donosami na ich funkcjonariuszy, wysyłanie ostrzeżeń do zbyt gorliwych, wreszcie ujawnianie społeczeństwu prawdziwych personaliów złoczyńców. Teraz celem WiN Cieplińskiego było przygotowywanie kadr dla wolnej Polski i informowanie Zachodu o prawdziwym obliczu stalinowskiej „demokracji”.

Z punktu widzenia władzy komunistycznej to dopiero była zbrodnia. Po pierwsze, wysyłając emisariuszy na Zachód, Ciepliński utworzył tzw. Dardanele – delegaturę WiN za granicą. Po drugie, reorganizując zrzeszenie, wypchnął poza nawias WiN wszystkich agentów Urzędu Bezpieczeństwa od dwóch lat „delegowanych do pracy w podziemiu". Po trzecie, ostrzegany przed zamiarami szefa bezpieki płk. Radkiewicza rozbicia WiN od wewnątrz (organizacja miała wtyczki także w MBP) ppłk Ciepliński zdecydował się na „uśpienie organizacji”, czyli czasowe zaprzestanie działalności. Z punktu widzenia bezpieki to była zbrodnia. W kraju, w którym dziesiątki tysięcy funkcjonariuszy UB od ponad trzech lat odnosiły sukcesy w walce z podziemiem i broniły nowego porządku, pojawił się ktoś, kto chciał raz na zawsze przerwać tę walkę i pozbawić ich pracy.

Odpowiedzią bezpieki była ogromna akcja represyjna. Od lipca do października 1947 r. aresztowania w całym kraju objęły 3651 osób. Nie musiały należeć do WiN. Wystarczyły podejrzenia. Wystarczył dziki terror, by ludzie się załamywali i ujawniali drogi prowadzące do „Ostrowskiego", czyli ppłk. Łukasza Cieplińskiego.

Aresztowano go 27 listopada 1947 r. w Zabrzu, gdzie ukrywał się jako właściciel sklepu bławatnego i członek PPS. Równolegle w Krakowie przejęto archiwum WiN i fundusze organizacji. Aresztowania objęły prawie cały IV Zarząd. Nie ruszono tylko agentów, którzy niebawem utworzyli V Zarząd, tzw. łże-WiN. składający się z samych oficerów bezpieczeństwa lub agentów. Działał on kilka lat, zapisując historię największej prowokacji w polskich dziejach najnowszych, która spowodowała dziesiątki aresztowań i ofi ar. Jak się wydaje, bezpieka próbowała także namówić do współpracy samego Cieplińskiego i – jak świadczą relacje żołnierzy WiN – początkowo prezes był skłonny się zgodzić na tzw. ciche ujawnienie w zamian za odstąpienie przez UB od represji. Sądząc jednak z tego, jak potraktowano w śledztwie Cieplińskiego i innych członków zarządu, z jakiejkolwiek współpracy nic nie wyszło.

Potworne śledztwo trwało trzy lata. Ciepliński miał rozbitą głowę i jątrzące się miesiącami chore ucho. „Za nic nie odpowiadam – powiedział w sądzie – bo w czasie śledztwa leżałem w kałuży krwi i nie wiem, co tam pisał prokurator". Nie pozwolono mu zapoznać się z aktem oskarżenia. Jemu jednemu nie zezwolono też na napisanie prośby o łaskę do prezydenta. Został skazany na pięciokrotną karę śmierci i 30 lat więzienia.

„Widzisz Wisieńko – pisał w jednym z ostatnich grypsów do żony – zrobili ze mnie bandytę i nie pozwalają mi tego wyjaśnić. To wszystko kłamstwo. Żalę się przed Bogiem, Tobą i Andrzejkiem. (…) Wierzę, że Andrzejka wychowasz na dobrego Polaka i katolika. Bądź mężna! To dla Boga i Polski. (…) Przebacz, ja nie mogłem inaczej żyć. Łukasz".

Więcej możesz przeczytać w 28/2009 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 16

Czytaj także