Prawdziwy dowódca powstania

Prawdziwy dowódca powstania

Dodano:   /  Zmieniono: 13
Antoni Chruściel (w środku) i Tadeusz Żenczykowski „Kania” (obok z prawej) w trakcie Powstania Warszawskiego
Antoni Chruściel (w środku) i Tadeusz Żenczykowski „Kania” (obok z prawej) w trakcie Powstania Warszawskiego / Źródło: domena publiczna
Czwartego i piątego października 1944 r. opuszczali Warszawę. Szli w szeregach – umęczeni żołnierze Warszawskiego Korpusu Armii Krajowej, warszawscy powstańcy. Ranni, brudni, z bronią kurczowo przyciśniętą do piersi. Szli przejściem pod Politechniką, ul. Grójecką.

Zgodnie z warunkami kapitulacji szli do niewoli już jako żołnierze, a nie bandyci. Starali się nie patrzeć na Niemców. Wzrokiem szukali jednego człowieka, dowódcy swego powstania – „Montera". Gdy zobaczyli, że stoi sam, anonimowy, nierozpoznany przez Niemców na wysepce tramwajowej, szeregi się prężyły, ręce mimowolnie oddawały honory, a w oczach piekły łzy. To był ich generał, Antoni Chruściel.

Po 65 latach niewielu wie, kto był faktycznym dowódcą powstania warszawskiego. Na czyjś rozkaz zrobiono wszystko, by ukryć prawdę, by zlekceważyć i zmarginalizować jego postać i skandal jej dotyczący. Bo skandalem było to, że dowódca największego, najbardziej bohaterskiego powstania w polskich dziejach okazał się jego sumieniem i krytykiem. Dla polskiej heroiczno-patetycznej historiografii przywódca, który dostrzega własne błędy i próbuje je zapisać, jest po prostu nie do przyjęcia. W ogóle co to za maniera, by w Polsce głośno rozprawiać o błędach, czy to własnych, czy to cudzych?

Awansowano go w ostatnich dniach powstania do stopnia generała, nadano mu Krzyż Złoty Orderu Wojennego Virtuti Militari, a ten, nie dbając o zaszczyty, ledwie powstanie się skończyło, zaczął mówić, że został oszukany. A co więcej, że wraz z nim zostali oszukani żołnierze, ludność Warszawy, wreszcie cała Polska.

Zaczęło się od tego, że „Monter" gdzieś się po powstaniu schował. Nie chciał iść do niewoli z generałami Borem-Komorowskim, Pełczyńskim czy Okulickim. Podobno Niemcy, którzy doskonale wiedzieli, kto powstaniem dowodził, wysłali oficerów, by szukali go wśród żołnierzy. I znaleźli. Legitymował się kenkartą na nazwisko Andrzej Smalawski, pomocnik pasterza bydła w gminie Wiązowna, Stara Miłosna, Okuniew. Jako generał trafił więc do obozu jenieckiego wraz z całą Komendą Główną AK. Tyle że, jak wynika z relacji, przez trzy miesiące nie wychodził ze swojego pokoju. Nie chciał z nikim rozmawiać. Podobno widział tylko gruzy, krzyże i groby. Ludzie mówili, że to mania prześladowcza, obsesja spowodowana potwornym napięciem nerwowym samego powstania, podczas którego, chcąc być wszędzie i wszędzie walczyć, prawie nie spał i nie jadł. Ci, którzy go znali, twierdzili, że to nie tylko sprawa powstania. Przypominali, że ten człowiek, od początku zaangażowany w konspirację, od maja 1941 r. dowodził całą podziemną, walczącą Warszawą. Stefan Starzyński dowodził miesiąc, a on ponad trzy lata.

Gdy generał „Monter" już znalazł się po wojnie w Londynie, jednak przemówił. Po pierwsze o tym, że on, oficer, któremu wydano rozkaz dowodzenia całością walki, o planach wywołania powstania został powiadomiony tydzień przed jego wybuchem, co w zasadniczy sposób wpływało na opracowanie planu walki i poczynienie niezbędnych przygotowań przed jej rozpoczęciem. Po drugie, że gdy zwrócił 25 lipca uwagę na to, iż brakuje broni i amunicji, został szyderczo pouczony, że broń zdobywa się na wrogu.

Po trzecie, że przekazano mu, iż rozkaz do powstania wydany został przez Londyn, a tym samym „w chwili wybuchu powstania był przekonany, iż w Londynie zostały załatwione nie tylko zagadnienia współpracy z Armią Czerwoną, ale i sprawa pomocy powstańcom przez spadochroniarzy i żywienia walki, a nawet ludności – przez dostawy z powietrza".

Po kilku tygodniach dramatycznej, morderczej walki okazało się, że ginąca Warszawa nie może liczyć na pomoc, a powstanie nie zostało odpowiednio przygotowane ani w sensie politycznym, ani wojskowym. Wtedy on, dowódca powstania, który ostatni dowiedział się o planach jego wybuchu, napisał do gen. Bora: „Proponuję nieśmiało wezwać Żymierskiego na odsiecz i przyrzec mu lojalną współpracę. Zmieniają się warunki walki – bądźmy więcej elastyczni. Każdy, kto da nam pomoc, zasłuży na wdzięczność. Wszystko inne jakoś się ułoży". Gen. Bór odpowiedział: „Zwracanie się do Żymierskiego jest – moim zdaniem – zdradą”.

Zdradą okazał się także memoriał grupy powstańców, oficerów AK, którzy 7 września 1944 r., po upadku Starówki, napisali do gen. Bora, że „już w drugiej połowie sierpnia powstanie straciło swój sens polityczny i dziś, po 5 tygodniach, powstanie nie ma nawet sensu militarnego i z walki zbrojnej przekształciło się w pospolitą mordownię naszych żołnierzy i dziesiątków tysięcy bezbronnej ludności Warszawy (…). Domagamy się w imieniu licznego korpusu oficerskiego i setek tysięcy obywateli Warszawy, byś niezwłocznie nawiązał iskrową łączność z gen. Rolą-Żymierskim". Jak podaje w „Zeszytach Historycznych” Zbigniew S. Siemaszko, „sprawą autorów tego memoriału zajęła się prokuratura Armii Krajowej”.

Generał „Monter" szukał na własną rękę ratunku dla ginącego miasta. Wiadomo o kilku jego depeszach skierowanych do marszałka Rokossowskiego. Szuka w ten sposób możliwości współpracy i proponuje konkretne działania taktyczne, które mogłyby przynieść ulgę walczącej Warszawie. Wszystkie te próby porozumienia pozostały bez echa. Najprawdopodobniej Moskwa owych depesz „Montera” nigdy nie przekazała Rokossowskiemu. Pozostawał dramat. Dramat samego powstania i nigdy przez nikogo nieopisany dramat jego, oszukanego, wykorzystanego i skrzywdzonego dowódcy. Jego żołnierze relacjonowali,że szukał na barykadach śmierci, że pojawiał się na placówkach powstańczych w najtrudniejszych momentach walki. Że dodawał otuchy, podnosił na duchu i walczył. Podczas gdy ci, którzy dali rozkaz do powstania, albo się cały dzień modlili, albo do nieprzytomności upijali, on, jak mógł, walczył i dowodził.

Gdy gen. Bór zaproponował mu poprowadzenie rozmów kapitulacyjnych, odmówił. „Kapitulacja – napisał – jest ostatecznością, której chcemy uniknąć. Nikt nie wierzy Niemcom. Ludzie chcą ginąć z bronią w ręku, na posterunku, a nie po rozbrojeniu. Jest powszechne przekonanie, że po złożeniu broni szeregi powstańcze byłyby wycięte w pień. Proszę pana Generała o zwłokę". I dodawał: „Kapitulacja jest najgorszą formą zakończenia powstania!”. A jednak przyszło mu przeżyć kapitulację. I przyszło mu przeżyć piekło polskiej emigracji w Londynie. Odrzucany, omijany, ignorowany za prawdę o powstaniu, którą próbował opowiedzieć, został skazany na samotność.

Do Polski nie mógł powrócić. Jego Polska w haniebnym akcie Rady Ministrów Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej z 26 września 1946 r. – wśród innych – także jego pozbawiła polskiego obywatelstwa. Pisał do przyjaciół w Polsce, co by było, gdyby jednak wrócił. Odpisywali, że byłby aresztowany już na lotnisku. Pisał z goryczą, że została mu już tylko jedna jego broszura o powstaniu, wszystkie inne zostały natychmiast zniszczone, aby prawda nie wyszła na jaw. W 1956 r., nie mogąc znieść londyńskiej nieprzyjaznej atmosfery, „Monter" przeniósł się z rodziną do Waszyngtonu. Tu zmarł nagle w autobusie przez nikogo nieratowany. Tak umarł dowódca powstania warszawskiego, o którym słyszał cały świat. W 2004 r., w 60. rocznicę wybuchu powstania, prochy jego dowódcy powróciły do Warszawy. Złożone zostały na warszawskich Powązkach Wojskowych, trochę z boku, z dala od szczątków bohaterów.

Tak naprawdę po tylu latach już nie do końca wiadomo, kto był dowódcą powstania. Przez całe lata wielu sądziło, że to Bór-Komorowski albo Okulicki, a tu się nagle okazuje, że to jakiś „Monter", o którym nikt nie słyszał. I może dlatego w 65. rocznicę złożenie kwiatów na grobie prawdziwego dowódcy powstania zniknęło z programów uroczystych obchodów. Ten punkt ktoś skreślił. Nie wiadomo kto.

Artykuł został opublikowany w 41/2009 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 13

Czytaj także