Ballada o gdańskiej bibule

Ballada o gdańskiej bibule

Dodano:   /  Zmieniono: 
Z dojrzewaniem historii jest trochę jak z dojrzewaniem człowieka. Musi upłynąć trochę czasu, zanim zacznie on przemawiać z sensem, rozwagą i odpowiedzialnością za swoje myśli i słowa. Przyjmuje się, że historia dojrzała, prawdziwa, wiarygodna pojawia się dopiero po upływie około 50 lat od czasu wydarzeń, które bada i opisuje. Wcześniej jest tylko polityką. Wcześniej, jak długo nie zamilkną ostatni skłóceni świadkowie, jest tylko zwielokrotnionym echem ich minionych sporów i animozji.

Wystarczy rzut oka na największe polskie zwycięstwo XX w., na historię „Solidarności", by pojąć, że nie ma ona nic wspólnego z historią. To tylko nieskończony zapis awantury, pomówień, oskarżeń i sporów: kto więcej, kto wcześniej, kto ważniej, kto dłużej. Kto jest ojcem zwycięstwa, a tym samym kto jest ojcem ojczyzny, a kto ledwie dalekim kuzynem.Ci, którym się zdawało, że ku zgorszeniu świata my, Polacy, potrafimy się głośno kłócić wyłącznie o winy ( jak po powstaniu listopadowym

Czy możliwe jest już dzisiaj pisanie prawdziwych dziejów „Solidarności"? Czy nie lepiej przeczekać najbliższe 20-30 lat i poczekać na surową być może, za to napewno uczciwą ocenę naszych wnuków? Okazuje się, że można być uczciwym w każdym świecie i w każdych czasach. Można na przykład opowiedzieć historię gdańskiej podziemnej poligrafii. A tym samym historię kilkunastu lat gdańskiej, pomorskiej opozycji, bo przecież cały ten polski podziemny świat w gruncie rzeczy skupiał się wokół podziemnych, nielegalnych wydawnictw. Można w najprostszej formule opowieści o ludziach zapisać całą historię najważniejszej, bo gdańskiej „Solidarności”. Po kolei: Kapczyńscy, Nowek, Pusz, Wachnik, Witkowscy. Kolejne drukarnie, kolejne adresy, nazwiska, dramaty.

Z tej książki wyłania się „Solidarność", jaką rzeczywiście była: uczciwa, bezinteresowna, ofiarna i oddana bez granic. „Solidarność” setek tysięcy ludzi, którzy pomagali, ostrzegali, karmili, dawali schronienie. Oczywiściemiała swoich bohaterów, twórców nielegalnych wydawnictw, autorów ulotek, podziemnych drukarzy i kolporterów. Ale wszyscy oni działali wśród milionów pomagających im ludzi. Oto jakaś studentka z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu zatrzymana przez milicję i namawiana do współpracy nie dość, że kategorycznie odmawia, to natychmiast zawiadamia Niezależne Zrzeszenie Studentów. Ci w podziemnym „Immunitecie” opisują całą sprawę, co kończy się wezwaniem Zbigniewa Nowka na komendę. Idzie, ale… za nim kroczy 500 studentów, z synem komendanta wojewódzkiego MO. Na tym polegała „Solidarność”, że ojciec mógł być milicjantem, a syn walczył o wolność. Oto jakiś „pracownik poczty” zwraca się do księdza: „Niech ksiądz uważa, bo ja w tej chwili założyłem podsłuch”.

Siłą książki prof. Wojciecha Polaka jest prawda o Polsce i Polakach tamtych lat. Polakach „Solidarności" bez słowa nocujących tych, którzy nie zdążyli przed godziną milicyjną, udostępniających swoje mieszkania, samochody, wiedzę i doświadczenie. Bohaterowie tej opowieści, twórcy wydawnictwa Alternatywy, przedstawiani są najczęściej własnymi słowami zapisanymi na kilometrach archiwalnej taśmy magnetofonowej. Nieodmiennie, w każdej z tych opowieści o konkretnym człowieku pojawia się historia. Ten jest prawnukiem powstańca styczniowego, tego pradziad walczył w legionach Piłsudskiego czy Dowbora-Muśnickiego, ta jest stryjeczną wnuczką gen. Czesława Jarnuszkiewicza. Ojciec tego jako 13-letni chłopak w grudniu 1944 r. wyprowadził z łapanki w Piotrkowie Trybunalskim komendanta AK gen. Leopolda Okulickiego. Prof. Polak włącza te archiwalne zapisy sprzed 50 czy 100 lat do swojej narracji, aby oczywiste stało się coś, o czym już zdołaliśmy zapomnieć – że oto wszyscy skądś pochodzimy, że za każdym z nas stoi jakaś polska historia i że ona właśnie jest zdolna animować nas do życia i do walki.

W świecie, w którym dzisiaj żyjemy, zło, występek, niegodziwość i przestępstwo są podpisywane co najwyżej inicjałami sprawców. A w tej balladowej opowieści o ludziach, którzy drukowali i rozrzucali ulotki, na łamach swojej „bibuły" nieśli ludziom prawdziwą informację, nie ma inicjałów. Z nazwiska wymienieni są, najczęściej w przypisach, wszyscy śledczy, esbecy, klawisze z więzień i komendanci z miejsc internowania. Wszyscy oprawcy, sadyści i nadgorliwcy. Wreszcie, co może najważniejsze, dumni oficerowie Sądu Marynarki Wojennej w Gdyni, którzy „w imieniu Polski” wydawali haniebne wyroki. Prof. Polak przypomina choćby wyrok na EwęKubasiewicz, najsłynniejszego więźnia politycznego lat 80., która za zorganizowanie strajku w Wyższej Szkole Morskiej została skazana na 10 lat więzienia, a za którą ujął się wtedy cały świat.

Jest w tej opowieści o gdańskim czy toruńskim podziemiu coś z klimatu słynnych okupacyjnych „Kamieni na szaniec" Aleksandra Kamińskiego. Ci chłopcy manifestują podobne racje, podobne oddanie i inteligencję. Kiedy po 10 legendarnych miesiącach ucieczek, ukrywania się i unikania esbeckich obław Zbigniew Nowek zgłosił się wreszcie we wrześniu 1982 r. na milicję, natychmiast podsunięto mu do podpisania tzw. lojalkę. – A gdybym nie podpisał? – zapytał. – Czy musiałbym przestrzegać przepisów stanu wojennego? – Oczywiście tak – potwierdził oficer. – No to nie podpiszę! I nie podpisał. Wielu będzie sięgać po tę książkę album głównie z uwagi na jej imponującą szatę graficzną, dziesiątki znakomitych zdjęć i reprodukcji dokumentów oraz wydawnictw z literą „A” – jak Alternatywy. I zapewne ze zdziwieniem znajdą w niej nieoczekiwaną, najprawdziwszą historię naszej „Solidarności”.

Więcej możesz przeczytać w 49/2009 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0

Czytaj także