Rodzi się legenda

Rodzi się legenda

Dodano:   /  Zmieniono: 
Historia, wbrew temu, co sądzimy, nie płacze. Historia natomiast żywi się łzami. Każda historia, także nasza, polska, w której łez nigdy nie brakowało. Zimno i bezwzględnie notuje ona fakty i zdarzenia, słowa i zachowania. Patrzy bez emocji, by dostrzec każdy szczegół. Historia jest dzisiaj, w tych dniach polskiej żałoby, wszędzie. Próbuje zrozumieć to, co się dzieje, żeby kiedyś opowiedzieć to bez wzruszeń.

Ona jedna pamięta, że do podobnych zdarzeń doszło w Warszawie przed 88 laty, po tragicznej śmierci zamordowanego prezydenta Narutowicza. Jednego dnia tysiące ludzi obrzucało go z nietajoną nienawiścią bryłami lodu i kamieniami. Drugiego dnia, gdy zginął, tysiące ludzi dzień i noc stały przed Belwederem, w milczeniu żegnając człowieka, który uosabiał majestat Rzeczypospolitej. Gdy 19 grudnia 1922 r. o godzinie 11 z dziedzińca belwederskiego ulicami Warszawy ruszył pochód żałobny z ciałem prezydenta Narutowicza, na jego krótkiej trasie prowadzącej na Zamek Królewski zgromadziło się, jak notują kroniki i wspomnienia, ponad pół miliona rozpaczających ludzi. Było ich tak dużo, że dopiero po ponad dwóch godzinach czoło pochodu dotarło do placu Zamkowego. Przez trzy doby w Sali Rycerskiej zamku, defilując przed trumną Gabriela Narutowicza, setki tysięcy ludzi żegnały swego wielkiego, tragicznego prezydenta.

Wczoraj, niemal sto lat później, dziesiątki i setki tysięcy ludzi żegnały swego tragicznie zmarłego prezydenta. Podobnie tysiące ludzi stały całą noc czy cały dzień na chłodzie i deszczu, po pokłonić się przed człowiekiem, który uosabiał majestat Rzeczypospolitej. Nikt z oczekujących nie przypominał, że był on w istocie politykiem przegranym, że sondaże nie dawały mu dużych szans na reelekcję. Żegnali go i ci, którzy na niego głosowali, i ci, którzy uważali, że nie był dobrym prezydentem. Nagle przez swą tragiczną śmierć stał się prezydentem wszystkich Polaków. Nagle stał się nam wszystkim człowiekiem bliskim, prawdziwym, wręcz wzruszającym w swojej miłości do żony, w swych człowieczych reakcjach na ludzką krzywdę, chorobę, nieszczęście innych. Nagle ci oboje, para prezydencka, wydali się nam piękniejsi i jakby wyraźnie wyżsi.

Stało się oto bowiem coś, czego obiektywny, a więc bezduszny historyk boi się jak ognia. Zdarzyło się oto coś, co historia, chcąc nie chcąc, nazwać musi narodzinami legendy.Kiedy rodzi się legenda, historia, ta rzeczowa i prawdziwa, ta zimna i bezwzględna, ta, która nie umie płakać, musi zamilknąć. Kiedy rodzi się legenda, nie mają bowiem znaczenia fakty. Istotne zaczyna być wyłącznie to, w co ludzie, tysiące czy miliony Polaków, wierzą i w co chcą wierzyć. Być może prezydent Lech Kaczyński w oczach historii nie zasłużył sobie na miejsce na Wawelu. Nawet na pewno nie! Ale prezydent Lech Kaczyński, od dzisiaj postać z pięknej narodowej legendy, bez wątpienia tak! Zginął, zginęli oni wszyscy w drodze do Katynia, by się upomnieć o najświętszą polską pamięć. Czy trzeba czegoś więcej, by w jedno zlały się wszystkie nasze narodowe legendy i wszystkie nasze narodowe barwy. Jakikolwiek historyk, filozof, etyk,politolog czy polityk, który ośmieli się stanąć na drodze tej legendy, zostanie przez nią po prostu zmiażdżony. Tym bardziej że – jak sądzę – ta legenda prezydenta Lecha Kaczyńskiego, ledwie wczoraj narodzona, będzie żyć swoim własnym, nieprzewidywalnym życiem. Będzie obrastać w nowe, nieznane fakty i nowe, nieznane jeszcze uzasadnienia.

Najpewniej wiedział o tym włodarz katedry wawelskiej, ksiądz kardynał Stanisław Dziwisz, gdy decydował o miejscu wiecznego spoczynku dla dwojga prezydenckich bohaterów tej smoleńskiej śmierci. Przed laty, gdy poprzez ludzi bliskich Ojcu Świętemu Janowi Pawłowi II zwróciłem się do polskiego papieża z prośbą o udostępnienie mi pewnych dokumentów dotyczących śmierci gibraltarskiej generała Władysława Sikorskiego, odpisał wówczas, odmawiając, sekretarz papieża ksiądz Dziwisz: „Proszę powiedzieć Panu Baliszewskiemu, że mądrość Kościoła polega na tym, że wszystko powinno się dziać we właściwym czasie". Przechowuję ten list jak relikwię świadczącą mi do dzisiaj prawdziwie o mądrości Kościoła.

Oczywiście historia będzie próbowała walczyć z tą nową narodową legendą. Będzie się głośno skarżyć na sytuację, w której nasze dzieje pisane są znowu przez jakąś Mniszkównę, dla której ważniejsze są gesty miłości i marzenia niż fakty, twarde dokonania i racjonalne programy. Oczywiście złośliwa historia za rok czy za dwa zada polskim maturzystom temat: „Myśl polityczna prezydenta Lecha Kaczyńskiego" albo „Wizja Polski prezydenta Lecha Kaczyńskiego". Te usiłowania jednak na niewiele się zdadzą.

Siła legendy, każdej historycznej, narodowej legendy, jest bowiem tak wielka, że choćby dziesięciu utytułowanych profesorów wykazało, że książę Józef Poniatowski był łysy jak kolano, to i tak kochający go Polacy widzieć go zawsze będą pięknym brunetem o bujnej czuprynie. I choćby stu historyków opublikowało dokumenty jednoznacznie świadczące o tym, że generał Sikorski, pełniąc wysokie funkcje państwowe i wojskowe, był płatnym agentem dwóch mocarstw, że w ostatnich latach przed wojną przygotowywał zbrojny zamach stanu, że dla tysięcy polskich najuczciwszych oficerów urządził w latach wojny na obczyźnie obozy odosobnienia, to i tak pozostanie na wieki na Wawelu, bo stał się niegdyś bohaterem narodowej legendy.

Kiedy piszę ten tekst, nie wiem jeszcze, jakie słowa padły w Krakowie nad trumną tragicznie zmarłego prezydenta. Jaką myślą żegnano tego mądrego, uroczego człowieka, który żył dla Polski i dla Polski zginął. Wiem natomiast, co nad trumną prezydenta Narutowicza prawie 90 lat temu mówił ks. dr Antoni Szlagowski. Na koniec mowy żałobnej przytoczył słowa Mickiewicza: „Wszystko będzie daremnem, póki się nie odrodzicie w duchu. Ale cóż jest to odrodzenie się w duchu? Na to pytanie każdy z was znajdzie odpowiedź w głębi uczucia swojego. Połóżcie zatem koniec rozterkom waszym i pogódźcie się. Ludzie rady i ludzie czynu, zapytajcie was samych, gdzie jest Ojczyzna, zejdźcie do głębi duszy waszej, natężcie ducha wewnętrzną pracą, a ujrzycie ją". Warto te słowa przywołać także dzisiaj, w przekonaniu, że niewiele straciły na swej aktualności.

Więcej możesz przeczytać w 17/2010 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0

Czytaj także