Porozumienie diabłów

Porozumienie diabłów

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kulisy paktu Ribbentrop - Mołotow Podczas uroczystego bankietu w Moskwie dopiero po drugiej w nocy na salę zostali wpuszczeni fotoreporterzy. Głos zabrał sam Stalin. "Wiem - powiedział - jak bardzo naród niemiecki kocha swojego fźhrera. Dlatego pragnąłbym wypić za jego zdrowie". Słysząc ten toast, Helmut Laux, jeden z licznych na sali niemieckich fotografów, ośmielił się podejść bliżej, by zrobić historyczne zdjęcie. Stalin nie protestował, lecz już po wykonaniu fotografii powiedział nagle: "Wiecie, nie byłoby dobrym pomysłem opublikowanie takiego zdjęcia, gdyż wśród obywateli ZSRR i Niemiec mógłby powstać fałszywy obraz sytuacji". Niemiecki fotoreporter chciał otworzyć aparat, by oddać Stalinowi naświetloną kliszę, lecz ten uspokajająco powstrzymał go, mówiąc, że przyrzeczenie Niemca w zupełności mu wystarczy. Dzisiaj, w 65. rocznicę niesławnego układu znanego jako pakt Ribbentrop - Mołotow, gdy zdjęcie to, otrzymane przez autora od Hansa von Herwartha, byłego attach� ambasady niemieckiej w Moskwie, publikowane jest pierwszy raz, nie sposób powiedzieć, co miał na myśli Stalin, mówiąc o fałszywym obrazie sytuacji. Czy chodziło mu o wspólne biesiadowanie do niedawna śmiertelnych wrogów, czy być może o to, że Stalin, który nie lubił szampana, toasty spełniał szklanką wódki.

Świat w kieszeni Hitlera

Hitler szalał ze szczęścia. Biegał po swoim gabinecie, walił pięściami w ściany i krzyczał: "Wygrałem! Wygrałem! Teraz mam świat w kieszeni". Według zgodnej opinii tych, którzy go dobrze znali, nigdy już nie był tak szczęśliwy i tak spontaniczny jak tego dnia, gdy zwycięsko kończył wielką grę o wojnę. 23 sierpnia 1939 r. wraz z podpisaniem układu niemiecko-sowieckiego rozstrzygały się losy wojny i pokoju, losy Polski, a w znacznej mierze także Europy. Nikt jednak, najpewniej nawet sam Hitler nie mógł przewidywać, że ów - zdawałoby się doraźny układ polityczny - zaciąży nad historią całego wieku. Wiadomo było jedynie, że Hitler otrzymał sowieckie przyzwolenie na wojnę z Polską. Wiadomo było wówczas także, że w sytuacji "niespodziewanego" sojuszu niemiecko-sowieckiego nikt - ani Wielka Brytania, ani Francja - nie udzieli Polsce najmniejszej pomocy militarnej. "Nastąpiło porozumienie diabłów" - komentował po miesiącach Andrew Hall z londyńskiego radia.

Na jesieni 1938 r. wojna wydawała się już przesądzona. W listopadzie, podczas rozmowy polskiego ambasadora Jerzego Potockiego z Williamem Bullittem, jednym z najbliższych współpracowników prezydenta Franklina D. Roosevelta, zostały przedstawione prognozy ekspertów amerykańskich. Zgodnie z nimi, wojna miała wybuchnąć najpewniej na wiosnę 1939 r. i trwać nie mniej niż sześć lat. W jej wyniku - przewidywali amerykańscy specjaliści - zwycięży Rosja, która opanuje wielką część Europy. Amerykanie prognozowali też przystąpienie USA do wojny, ale nie wcześniej, niż zrobią to Wielka Brytania i Francja. Pozostawało pytanie, w którą stronę Hitler skieruje pierwsze uderzenie. Na jesieni 1938 r. nic jeszcze nie było przesądzone.

Zgoda Europy na czwarty rozbiór Polski

4 października, a więc kilka tygodni przed zgłoszeniem niemieckich pretensji do Polski o Gdańsk i tzw. korytarz, Władimir Potiomkin, sowiecki zastępca komisarza ludowego ds. spraw zagranicznych, w rozmowach z dyplomatami kilku państw miał stwierdzić: "Nie ma dla nas innego wyjścia niż czwarty rozbiór Polski". Robert Coulondre, francuski ambasador w Moskwie, uznał za właściwe natychmiast przekazać informację o tym fakcie do Paryża. Doświadczenie uczyło go bowiem, że sowieccy dyplomaci rzadko cokolwiek mówili od siebie. Jeśli już mówili, to najczęściej były to słowa samego Stalina. W przełożeniu na język ówczesnych realiów słowa te - jak się wydaje - należało czytać następująco: Rosja, odsunięta przez Europę od decyzji monachijskich, zlekceważona ze swym programem bezpieczeństwa zbiorowego, zagrożona niemiecką agresją, proponuje, by agresję Hitlera skierować na Polskę. To rozwiązanie dałoby Europie, zresztą także Rosji, czas konieczny na przygotowanie się do wojny ze wspólnym wrogiem. Spowodowałoby też, że nieuchronna wojna toczyłaby się na wschodzie Europy, a być może w ogóle zapobiegłoby wojnie światowej.

Rozpoczynała się misterna, w najwyższym stopniu poufna gra polityczna zagrożonej Europy, w której tak naprawdę przestawały mieć znaczenie jakiekolwiek dotychczasowe układy i zobowiązania. 10 marca 1939 r., podczas obrad XVIII Zjazdu WKP(b) Stalin wypowiedział słowa powszechnie uważane za pierwszą sowiecką ofertę współpracy skierowaną do Hitlera. Stwierdził oto, że "nie pozwoli, by Związek Sowiecki został wciągnięty do konfliktów przez podżegaczy wojennych, którzy przywykli do tego, by inni wyciągali za nich kasztany z ognia". Jak wiadomo, słowa te po kilku miesiącach przywiodły Ribbentropa do Moskwy. Ważniejsze wydają się jednak inne słowa, które padły na tym zjeździe. Oto marszałek Woroszyłow pozwolił sobie przedstawić układ sił militarnych Europy, w tym zdolność bojową i "bombardującą" poszczególnych armii. Woroszyłow nie zajmował się tym, kto ile ma samolotów, czołgów czy żołnierzy, a porównywał liczbę bomb, jakie naraz może przenieść badana armia lotnicza, lub liczbę kul, jaką może wystrzelić na minutę. Z sowieckich ustaleń wynikało jednoznacznie, że ani Wielka Brytania, co nie było tajemnicą, ani Francja, nie jest w stanie sprostać Niemcom. Wskaźniki dotyczące Polski w ewentualnym starciu z Niemcami wynosiły - według Woroszyłowa - 1 do 50.

W atmosferze najgłębszej tajemnicy, poza wiedzą budującej swe bezpieczeństwo Europy rodziło się porozumienie sowiecko-niemieckie. Czy jednak rzeczywiście poza wiedzą Europy? 6 maja Karl Bodenschatz, niemiecki generał Luftwaffe, jeden z najbliższych współpracowników Gšringa, poprosił o poufną rozmowę dowódcę francuskiego lotnictwa wojskowego gen. Paula Stehlina, by powiadomić Francję, że "w przeświadczeniu Adolfa Hitlera i ministra Ribbentropa powstały konflikt z Polską może być rozwiązany tylko w ścisłym porozumieniu z ZSRR". Nie sposób dzisiaj odpowiedzieć na pytanie, czy była to prywatna niedyskrecja Bodenschatza, czy informacja sterowana przez samego Hitlera albo Gšringa. Miał on jednak powiedzieć: "Były już trzy rozbiory Polski, i dobrze! Zobaczycie teraz czwarty!". Mimo tak poważnego, jednoznacznego ostrzeżenia nie ma najmniejszego śladu, by Francuzi tę informację przekazali stronie najbardziej zainteresowanej, a więc sojuszniczej Polsce.

Kupa gruzów

Ppłk dypl. Antoni Szymański, attache wojskowy w Berlinie, ostrzeżony na przyjęciu dyplomatycznym, że "Hitler nie zawaha się połączyć z samym diabłem", nie miał wątpliwości, kogo miano na myśli, używając słów der Teufel, i natychmiast udał się do Warszawy, by zameldować osobiście marszałkowi Śmigłemu i gen. Wacławowi Stachiewiczowi, że wiele sygnałów wskazuje na możliwość porozumienia Hitlera ze Stalinem. Podobny pakt - w opinii ppłk. Szymańskiego - wobec załamania się systemu sojuszy groził Polsce nie tylko izolacją, ale i nieuchronną katastrofą wojenną. Władze w Warszawie zlekceważyły jednak ten sygnał, traktując wszystkie podobne ostrzeżenia o "porozumieniu Berlin - Moskwa w celu zniszczenia państwa polskiego" jako kolejną niemiecką próbę zastraszenia Polski. Tym bardziej że z Moskwy od ambasadora Wacława Grzybowskiego nie przychodziły żadne niepokojące wieści. W końcu maja Grzybowski donosił o "wypuszczeniu w Rosji serii lokomotyw, które mogą jeździć tylko na tylnym biegu... Chwilami mam wrażenie - pisał Grzybowski - że w naszym twardym dążeniu do rzeczy konkretnych mijamy się z możliwościami tego kraju. Te lokomotywy - kończył swą myśl - są dla mnie głęboko symboliczne".

Tymczasem zwiastunów nieszczęścia pojawiało się coraz więcej. W lipcu konsul generalny RP w Królewcu Jerzy Warchałowski meldował do Warszawy o ożywionej działalności na osi Berlin - Królewiec - Moskwa. Z Rzymu donosił gen. Bolesław Wieniawa-Długoszowski o swych rozmowach z ogromnie życzliwym Polsce ministrem Galeazzo Ciano, z których wynikało, że "albo zwycięży oś, a wtedy Niemcy obalą Polskę, albo oś będzie pobita i wtedy Polska stanie się prowincją międzynarodówki bolszewickiej. Żadna pomoc francusko-brytyjska nie jest możliwa, przynajmniej w pierwszej fazie wojennej i Polska zamieni się wkrótce w kupę gruzów". W połowie sierpnia meldunki od konsula RP w Lipsku do ministra Józefa Becka nie pozostawiały już żadnych wątpliwości. "Z bardzo dobrego źródła partyjnego - pisał Feliks Chiczewski - wynika, że Niemcy planują niebawem podział Polski na spółkę z Rosją". Warszawa jednak nadal nie wierzyła. Z Moskwy bowiem nadal przychodziły tylko dobre, uspokajające wiadomości.

Szczyt politycznej głupoty

23 sierpnia 1939 r. pakt Ribbentrop - Mołotow stał się faktem. 29 sierpnia ambasador Grzybowski przesłał do Warszawy swój raport "w sprawie paktu ş la minute". "Niewiele mam elementów dla dokładniejszej orientacji, ale ulegam nastrojom wysoce optymistycznym. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Hitler idzie do przegranej" - pisał we wstępie ambasador Grzybowski (doktor psychologii!). "Pierwsze wrażenie dwuznaczności samego aktu i jego walorów, prawie wyłącznie taktycznych, zdaje się potwierdzać. Potwierdza się także wrażenie, że pakt nie przesądza stanowiska Sowietów na wypadek konfliktu i jest jedynie punktem wyjścia do dalszej rozgrywki... Dlatego też Ribbentrop, stwierdziwszy w Moskwie możliwość jedynie nader ograniczonych konsekwencji politycznych zamierzonego paktu, miał do wyboru pomiędzy dwoma smutnymi alternatywami: podpisania układu o nieistotnej wartości politycznej dla Niemiec, albo skandal w postaci wyjazdu bez podpisania".

Być może cała historia Polski nie zna dokumentu równie bezmyślnego, niekompetentnego i głupiego. Niestety, Warszawa w to jednak nadal wierzyła.

W tym samym czasie zarówno USA, jak i Wielka Brytania i Francja były dokładnie poinformowane przez attache ambasady niemieckiej w Moskwie Hansa von Herwartha o prawdziwej treści układu niemiecko-sowieckiego i tajnym protokole jednoznacznie zapowiadającym rozbiór Polski (na linii rzek Narew, Wisła, San) i tym samym wojskową interwencję sowiecką po stronie Niemiec w zbliżającej się wojnie. Jest wielkim pytaniem dzisiaj już europejskiej, wspólnej historii, dlaczego kraje związane z Polską sojuszem i udzielające Polsce gwarancji pomocy nie powiadomiły swego sojusznika o tych faktach zasadniczej przecież wagi politycznej i wojskowej. Dlaczego pozwolono nam się łudzić nadzieją pomocy Zachodu, dlaczego nie ostrzeżono przed zbliżającą się agresją sowiecką. Dzisiaj czytając tajne dokumenty tych poprzedzających wojnę miesięcy, można bowiem odnieść wrażenie, że ktoś z premedytacją wpychał Hitlera w objęcia Stalina i ktoś z wyrachowaniem składał Polskę w ofierze na ołtarzu własnych interesów.

Więcej możesz przeczytać w 35/2004 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0

Czytaj także