Gorzka lekcja rosyjskiego

Gorzka lekcja rosyjskiego

Dodano:   /  Zmieniono: 

Związek Sowiecki brał udział w zupełnie innej wojnie niż Polska czy Wielka Brytania

Polacy jak zwykle niczego nie zrozumieli. Chodzi o upokorzenie, którego Polska doznała w Moskwie w dniach rocznicy sowieckiego zwycięstwa nad faszyzmem. Polacy ubolewają nad rzekomym pominięciem naszego współudziału w rozgromieniu hitlerowskiej bestii. Domagają się jakiejś prawdy o tej wojnie, nie znanej chyba nikomu poza Polakami. Wypominają Rosji jakiś Katyń i jakiś układ Ribbentrop - Mołotow z 1939 r. Wypominają Rosji Teheran, Jałtę i Poczdam oraz rzekome zniewolenie kraju przez Związek Sowiecki.

Jeśli się przyjrzeć moskiewskim obchodom 60. rocznicy zwycięstwa w tzw. wielkiej wojnie ojczyźnianej, jeśli obiektywnie i sprawiedliwie przywołać fakty, to okaże się, że Polska nie tylko nie została pominięta czy zapomniana, ale jeszcze została nadzwyczajnie wręcz wyróżniona.

Jaruzelski - bohater Związku Radzieckiego

Oto wśród prawie 60 delegacji z całego świata zaproszonych do Moskwy jedynie Polskę reprezentowało dwóch prezydentów. Co więcej, jeśli zważyć, że wśród sześciu wybitnych uczestników wojny, na oczach całego świata odznaczonych przez prezydenta Rosji Medalem Zwycięstwa, znalazł się Polak, trudno to rozumieć inaczej niż jako podkreślenie żywego polsko-radzieckiego braterstwa broni i uznania zasług w utrwalaniu owoców zwycięstwa.

Być może Jaruzelski zasługiwał na jeszcze wyższe odznaczenie, choćby Order Bohatera Związku Radzieckiego, lecz wszelkie podobne zamiary musiały zostać zaniechane wobec czasowego wstrzymania produkcji tych orderów. Pojawiły się także wątpliwości, że polski prezydent już ten order uznania otrzymał: w 1968 r., gdy udzielił bratniej pomocy narodom Czechosłowacji; w 1970 r., gdy zwalczał na Wybrzeżu rodzimą kontrrewolucję; w 1981 r., gdy próbował ocalić swój naród przed nim samym.

Prawda kłamstw

To prawda, że Aleksander Kwaśniewski, drugi z polskich prezydentów, nie otrzymał publicznie żadnego medalu, ale wystarczy tu przywołać stare rosyjskie przysłowie: "Konia w biegu się nie dekoruje". W tłumaczeniu na polski oznacza to, że czeka nas jeszcze wiele uroczystości na placu Czerwonym. Być może będzie to nieodległa, 60. rocznica umów poczdamskich czy rocznica nadania Polsce nowej, światłej i postępowej konstytucji w 1952 r.

To prawda, że w krótkim przemówieniu rosyjskiego prezydenta Putina Polska nie została wymieniona jako sojusznik ani nie zostało w niczym przypomniane minione, polsko-radzieckie braterstwo broni. Nie padła nazwa bitwy pod Lenino i nikt nie zaintonował: "Płynie, płynie Oka...". Nie znaczy to jednak, że strona rosyjska zapomniała o wspólnym z Polakami szturmie Berlina, w którym polskie oddziały poprzedzały Armię Czerwoną w drodze do zwycięstwa. Jak bowiem dowodzą relacje żołnierzy 1. dywizji, nikomu z Rosjan nie uśmiechało się ginąć w ostatnich dniach wojny. Co więcej, fakt pominięcia Polaków w przemówieniu Putina należy traktować jako wyraz uznania. Wystarczy bowiem przypomnieć, że gdy w 1943 r. zbliżało się wielkie zwycięstwo pod Stalingradem, Rosjanie wywieźli żołnierzy wszystkich obcych oddziałów daleko od linii frontu, aby wielki naród rosyjski miał pełne prawo do wyłączności owego sukcesu. Już w Polsce, w latach PRL, związek byłych uczestników bitwy stalingradzkiej należał do najtajniejszych organizacji kombatanckich. Czy można się więc dziwić, że te same względy sprawiły, iż Putin pominął Polskę milczeniem? Bez ryzyka pomyłki można przyjąć, że za tym milczeniem krył się najwyższy podziw.

To prawda, że w dziele zwycięstwa wymienieni zostali niemieccy i włoscy antyfaszyści. Nieprzypadkowo. Każde wolne, suwerenne państwo ma prawo nagradzać własnych bohaterów. Przez 60 lat wokół ich bezimiennej, ofiarnej walki panowało milczenie. W Moskwie zostali po raz pierwszy nazwani i uhonorowani. Świat dowiedział się, jak wielkie zasługi dla zwycięstwa w tej wojnie położyli sami Niemcy czy Włosi. Być może były one tak wielkie, że cała ta wojna mogłaby się obejść bez sojuszników. Czy jednak mogą się temu dziwić Polacy, którzy sami szeroko rozsławili w świecie postać wielkiego antyfaszysty, kapitana Hansa Klossa? Nie jedynego zresztą, bo był jeszcze płk Stirlitz. Gdyby polskim prezydentom nie zabrakło odwagi, być może wpadliby na pomysł postawienia w Moskwie wspólnego pomnika Klossa i Stirlitza.

Inna wojna

Faktem jest, że na placu Czerwonym wśród narodów najbardziej zasłużonych dla zwycięstwa w wojnie ojczyźnianej wymieniono Francję. Trudno zatem powiedzieć, czy chodziło o Francję Vichy, czy może o 40 tys. uczestników francuskiego ruchu oporu. Dla Polaków to ważne pytania, bo w Polsce nie było żadnego ruchu poparcia Niemców, nie było więc żadnego ruchu oporu. W Polsce armia podziemna liczyła prawie pół miliona żołnierzy walczących od pierwszego do ostatniego dnia wojny.

Historycy, którzy będą kiedyś analizować, o co naprawdę chodziło prezydentowi Putinowi, zapewne doją do wniosku, że chodziło o gen. Charles`a de Gaulle`a. Jego zasługi liniowe w tej wojnie być może nie były szczególnie imponujące, za to zasługi polityczne w umacnianiu radzieckich owoców zwycięstwa w Europie Wschodniej były ogromne. Polacy pamiętają, że to właśnie gen. de Gaulle, skłócony z Churchillem i Rooseveltem, w imieniu zwycięskiej Francji pierwszy uznał moskiewski Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego.

Polacy jak zwykle niczego nie zrozumieli. Zanim zaczęli ubolewać i skarżyć się przed całym światem na swoje rzekome upokorzenie, powinni spojrzeć na widoczne na placu Czerwonym ogromne plansze i transparenty. Wielkimi cyframi zapisano na nich daty tej wojny: 1941-1945. Chodziło po prostu o inną wojnę. Wojna, w której uczestniczyliśmy my i choćby Brytyjczycy, rozpoczęła się w 1939 r. Zapisała się układem Ribbentrop - Mołotow, zbrodnią katyńską, zesłaniem na Sybir setek tysięcy Polaków. Związek Radziecki w tej wojnie po prostu nie brał udziału. W tym czasie Rosja w trosce o swoje bezpieczeństwo konsekwentnie odsuwała zagrożenie od własnych granic, przesuwając te granice w Polsce, Finlandii, na Litwie, Łotwie, w Estonii czy Besarabii. Być może zdarzały się w tym czasie bolesne wypadki, ale nie miały one nic wspólnego z wojną. Bo w tej wojnie Ros-ja po prostu nie brała udziału.

Jeśli Polacy jechali do Moskwy, by święcić rocznicę zwycięstwa w swojej wojnie, to oczywiście musieli się rozczarować. Rozumiał to wcześniej każdy polski licealista i każdy polski żołnierz. Tak jak rozumiał, że każdy naród, także Rosja, zawsze przede wszystkim nagradza swoich.

Więcej możesz przeczytać w 21/2005 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0

Czytaj także