„Źródła” fake newsów o dawnych Słowianach i tzw. Wielkiej Lechii. Fenomen „Kroniki Prokosza” i „Księgi Welesa”

„Źródła” fake newsów o dawnych Słowianach i tzw. Wielkiej Lechii. Fenomen „Kroniki Prokosza” i „Księgi Welesa”

Dodano: 
Jasnogórski poczet władców Polski – zwolennicy Wielkiej Lechii podają go za dowód historyczności dawnych władców, gdy w rzeczywistości są to władcy legendarni
Jasnogórski poczet władców Polski – zwolennicy Wielkiej Lechii podają go za dowód historyczności dawnych władców, gdy w rzeczywistości są to władcy legendarni Źródło: domena publiczna
Ich twórcy zapewne zapłakiwaliby się ze śmiechu, gdyby wiedzieli, że w XXI wieku znajdą się autorzy, próbujący odtworzyć z nich historię Słowian. Z czego wynika popularność „źródeł”, które są jedynie źródłem nieporozumień? I dlaczego dyletanci historyczni nie chcą przyjąć do wiadomości, że piszą książki w oparciu o wymyślone bajki?

Teorie spiskowe tłumaczą zawiłe zagadnienia w sposób banalny. Wytwarzają wrażenie, że jakaś grupa ludzi – najczęściej elit – dla własnych korzyści lub po prostu złośliwie ukrywa przed światem prawdę. Społeczny kryzys zaufania do polityków spowodował, że autorzy takich koncepcji zyskują rozgłos, a bieżące wydarzenia, które są przez nich komentowane przestają stanowić wyłącznie margines dyskusji.

Wielka Lechia, czyli teorie spiskowe w historii

Uważam, że zbycie takiej działalności milczeniem stanowi pożywkę dla kłamstwa i mniejszym złem jest jednak odpowiadanie, nawet na niepoważne zarzuty. Cieszę się, że robią to dziennikarze i lekarze.

Zdumiewa mnie jednak, że do grona „spiskowców” włączono już nawet historyków i archeologów, którzy – zdaniem zwolenników teorii spiskowych – działają w interesie Berlina lub Watykanu i nie chcą ujawnić prawdy o wspaniałych korzeniach Polski.

Polemikę z autorami absurdalnej koncepcji tzw. Wielkiej Lechii uważam już za zakończoną – problem wyjaśniły artykuły i książki naukowe, publikacje popularnonaukowe dostępne w Internecie, a nawet wystawa archeologiczna. Dlatego nie zamierzam po raz kolejny polemizować z miłośnikami historycznej fikcji. Spróbuję natomiast przybliżyć, na czym opierają oni swoje tezy.

Księga Welesa: w kręgu rosyjskich imigrantów

Historia „Księgi Welesa” (znanej również jako Vlesova Kniga, a pierwotnie Deseczki Izenbeka) zaczyna się późno bo… w 1919 roku. Wówczas pułkownik białej armii (Ali Fiodor Izenbek) w splądrowanej przez Sowietów prywatnej bibliotece miał odnaleźć tabliczki, na których wyryto trudne do odczytania napisy.

W powojennej zawierusze do Belgii wspólnie z rosyjskim oficerem trafiły tajemnicze tabliczki, których treść przez piętnaście lat przepisywał folklorysta i chemik – Jurij Mirolubow.

Deseczki zaginęły po śmierci Izedbeka w latach 40., by powrócić – już nie fizycznie – w latach 50. Oprócz tłumaczeń zachowała się wyłącznie jedna fotokopia (jak się później okazało, był to rysunek) deseczki. Wówczas to w środowisku rosyjskich imigrantów w USA ukazały się pierwsze tłumaczenia, które opublikowano w czasopiśmie „Żar-ptica”.

Źródło: Wprost
 0

Czytaj także