Krwawa Środa. Bojowcy PPS nie mieli litości dla rosyjskich policjantów

Krwawa Środa. Bojowcy PPS nie mieli litości dla rosyjskich policjantów

Dodano: 1
Warszawa na fotografii z 1905 roku, Cukiernia Trojanowskiego przy ul. Miodowej po wybuchu bomby
Warszawa na fotografii z 1905 roku, Cukiernia Trojanowskiego przy ul. Miodowej po wybuchu bomby Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe / domena publiczna
Jednego dnia, w połowie 1906 roku Organizacja Bojowa PPS, wykonała w całym kraju osiemdziesiąt zamachów terrorystycznych. W wyniku eksplozji bomb i strzałów rewolwerowych śmierć poniosło około siedemdziesięciu rosyjskich żołnierzy i policjantów.

Henryk Baron miał tego dnia lat dziewiętnaście, a w Organizacji mówiono o nim „Smukły”. Pochodził z rodziny robotniczej osiadłej na warszawskiej Woli, wychował się więc praktycznie na ulicy, wdając się w nieustanne bójki z rówieśnikami. Choć on akurat miał pewne ambicje – ukończył nawet szkołę elementarną. To, że umiał czytać miało spory wpływ na jego dalsze losy. Kiedy tylko zapoznał się z ulotkami Polskiej Partii Socjalistycznej, niewiele myśląc, został jej członkiem. Był chłopakiem bardzo krewkim. Rozprowadzanie bibuły i agitacja wśród robotników miały co prawda urok pewnej konspiracyjności i z łatwością można było trafić za to na Sybir, ale dla „Smukłego” było to jednak za mało.

Krwawa Środa

Kiedy w 1904 roku powstała w ramach partii Organizacja Bojowa, werbowano do niej takich właśnie jak on. Kiedy zaś kilka miesięcy później, w listopadzie, jego kolega Stefan Okrzeja, zastrzelił podczas demonstracji na placu Grzybowskim rosyjskiego policjanta, Baron zrozumiał, co tak naprawdę chce robić w życiu. Był bystry, szybko został więc dowódcą tzw. „piątki bojowej” – uzbrojonej w rewolwery i domowej roboty bomby grupki terrorystycznej, jakich dosłownie setki powstawały wówczas w niemal wszystkich miastach zaboru rosyjskiego. Tego dnia, a był to 15 sierpnia 1906 roku, miał już na koncie co najmniej cztery akcje bojowe i kilku ciężko zranionych strzałami rosyjskich policjantów. Był poszukiwany, uzbrojony i niebezpieczny. A jak bardzo, udowadniał tego właśnie dnia od wczesnych godzin rannych. Zanim niespełna rok później zawisł na stoku warszawskiej Cytadeli, zeznał:

„Ja o godzinie 12, 30 minut w południe, poszedłem do VII policyjnego cyrkułu i rzuciłem dwie bomby, które wywołały straszliwy wybuch, po którym natychmiast skoczyłem do dorożki i odjechałem do miasta, gdzie po godzinie policja mnie aresztowała, ale po krótkim badaniu zwolniła. Kto wraz ze mną brał udział w napadzie na cyrkuł i skąd dostałem do tego celu bomby, powiedzieć nie mogę. Prócz tego przyznaję, że ja osobiście zabiłem dwóch stójkowych i pięciu czy sześciu rewirowych. Tak, jednego rewirowego zabiłem przy ulicy Pawiej, koło więzienia śledczego. Drugiego rewirowego zabiłem na rogu ulic Pawiej i Świętojańskiej. Trzeciego zabiłem na ulicy Ogrodowej w pobliżu ulicy Żelaznej. Czwartego vice-rewirowego zabiłem na ulicy Solnej. Tegoż dnia na ulicy Dzikiej zabiłem dwóch stójkowych”.