Stan wojenny. Polowanie na „Solidarność” zaczęło się w środku nocy

Stan wojenny. Polowanie na „Solidarność” zaczęło się w środku nocy

Dodano: 
Tarcze milicyjne na wystawie w Europejskim Centrum Solidarności
Tarcze milicyjne na wystawie w Europejskim Centrum Solidarności Źródło: Wikimedia Commons / CC BY-SA 4.0 / Wojciech Pędzich
Dochodziła północ. W Stoczni Gdańskiej im. Lenina dobiegały końca obrady Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”. W pewnym momencie wśród delegatów rozeszła się niepokojąca informacja, że przerwana została łączność telefoniczna i teleksowa.

W wielu miejscach zauważono ożywione ruchy wojska. Mimo to Lech Wałęsa i Andrzej Krupiński spokojnie zamknęli posiedzenie. Związkowcy „Solidarności” zaczęli się rozchodzić. Część postanowiła wracać do swoich regionów, inni udali się na spoczynek. Nie wiedzieli, że właśnie zaczął się stan wojenny.

Stan wojenny. Przygotowania do aresztowania „ekstremy «Solidarności»”

Trwające od 11 grudnia 1981 r. obrady Komisji Krajowej stanowiły dla Służby Bezpieczeństwa wymarzony prezent pod choinkę. Oto w przeddzień wprowadzenia stanu wojennego niemal całe kierownictwo „Solidarności” zgromadziło się w jedynym miejscu. Wystarczyło otoczyć stocznię i wyłapać zebranych w niej delegatów. Plan aresztowania „ekstremy «Solidarności»” – bo tak w partyjno-esbeckim żargonie określano przywódców związku – MSW przygotowywało od dłuższego czasu.

Akcji nadano kryptonim „Jodła”. Z zachowanych dokumentów wynika, że do internowania wytypowano 4318 osób. Początek akcji wyznaczono na 12 grudnia 1981 r. Punktualnie o godzinie 23.30 – w ramach operacji „Azalia” – w całym kraju przerwano łączność telefoniczną i teleksową. Pierwsze aresztowania rozpoczęły się krótko po północy.

Przygotowując się do realizacji „Jodły”, gdańska SB opracowała osobny plan aresztowania członków „krajówki” obradujących w stoczniowej sali BHP. Nadano mu kryptonim „Mewa”. Na kilka godzin przed wprowadzeniem stanu wojennego założenia operacji zreferował swoim podwładnym dowodzący całą akcją płk Sylwester Paszkiewicz. Plan miał dwa warianty: ryzykowny i ostrożny.

Wariant pierwszy zakładał przerwanie obrad Komisji Krajowej i bezpośredni atak na stocznię. Wariant drugi – odczekanie do końca posiedzenia i wyłapanie działaczy w ich domach i hotelach, w których nocowali. Oprócz funkcjonariuszy gdańskiej MO i SB, do akcji ściągnięto posiłki ze szkół milicyjnych w Słupsku i Szczytnie. Z zachowanych dokumentów wynika, że do realizacji „Mewy” skierowano ponad 1300 funkcjonariuszy, co dawało proporcję trzynastu funkcjonariuszy MSW na jednego członka „krajówki”.

Fakt ten najlepiej dowodził ogromnego znaczenia, jakie przywiązywały do tej operacji władze PRL. Rozmach akcji, zdawał się zaś świadczyć, iż kierownictwo MSW spodziewało się czynnego oporu ze strony działaczy „Solidarności”. Zapewne dlatego – pomimo olbrzymiej przewagi liczebnej, technicznej i organizacyjnej – SB nie odważyła się zaatakować stoczni. Pamiętajmy, że zakład ten był nie tylko miejscem obrad „krajówki”, lecz także symboliczną kolebką „Solidarności”.

Według szacunków bezpieki aż 90 proc. pracowników Stoczni Gdańskiej należało do „Solidarności”. W tej sytuacji płk Paszkiewicz wybrał wariant ostrożniejszy. Z punktu widzenia SB było to rozwiązanie bezpieczniejsze, dawało jednak członkom „krajówki” szansę ucieczki.

Z ustaleń bezpieki wynikało, że działacze solidarnościowi zakwaterowani byli w dwóch hotelach. Trzynaście osób nocowało w gdańskim hotelu Monopol, a dziewięćdziesiąt pięć w sopockim Grand Hotelu. Plan był bardzo prosty. Milicjanci ze Słupska i Szczytna otaczali hotele, a pozostałe siły mundurowe (w tym pluton specjalny) wchodziły do środka. Funkcjonariusze MSW opanowywali korytarze i centralę telefoniczną. Następnie przystępowali do aresztowań.

Do hoteli skierowano też specjalne grupy medyczne, a nawet filmowe, które miały dokumentować całą operację. Akcją w Monopolu dowodził mjr Ryszard Berdys, a nalotem na Grand Hotel kierował mjr Zdzisław Sobański.

Nocna obława z 12 na 13 grudnia

Aresztowania rozpoczęto około godziny 2.00. W Monopolu zatrzymano między innymi wiceprzewodniczącego Komisji Krajowej Stanisława Wądołowskiego. Jak wspomina Antoni Tokarczuk:

„Byłem półprzytomny, ale widok dwóch potężnych milicjantów w jakichś kosmicznych uniformach z naramiennikami, w kaskach, z pałami i tarczami szybko postawił mnie na nogi. Między nimi nieruchomo stał cywil, niższy od mundurowych blondyn, którego twarz i niebieskie oczy bez wyrazu zapamiętam do końca życia”.

Po odczytaniu decyzji o internowaniu, milicjanci dali Tokarczukowi zaledwie kilka minut na spakowanie się i zaprowadzili go do samochodu. Warto zauważyć, że do aresztowania nocujących w Monopolu członków „krajówki” skierowano aż 355 funkcjonariuszy MSW. Operacja zakończyła się o godzinie 3.15. Zbigniew Bujak wspomina:

„Około trzeciej ZOMO spod «Monopolu» zwinęło się i odjechało. Wtedy ja mówię do [Zbigniewa] Janasa: «Idziemy zobaczyć, co tam było». W hotelu drzwi zamknięte, ale dostrzegliśmy asystentkę Janusza Onyszkiewicza, która macha nam, żeby uciekać. Na to ja: «Nie gorączkuj się, sprowadź kogoś, kto otworzy drzwi, bo chcemy pogadać». Idziemy na górę po schodach, a ona mówi, że Janusza wzięli. Na to ja: «Czy oni zwariowali, Janusza Onyszkiewicza...? Przecież to taka znana osoba, przecież to strajk w całym Regionie będzie zaraz». Ale idziemy dalej, a ona mówi, że widziała, jak Wądołowskiego z pokoju w kajdankach wyprowadzili. Noo, jak ja usłyszałem, że wzięli pierwszego wiceprzewodniczącego «Solidarności», to mi trochę nogi w kolanach zmiękły. Pytam, kogo jeszcze, a ona płacze i mówi, że całe prezydium aresztowane, uratowali się chyba tylko [Eugeniusz] Szumiejko i [Andrzej] Konarski. Rany boskie! Pytamy, czy ktoś jeszcze został w hotelu, na co ona: «Służba Bezpieczeństwa chodzi po pokojach i sprawdza». Wtedy już żeśmy z nią dłużej nie gadali, tylko w dół po schodach i do drzwi”.

Bujak, Janas, Konarski i Szumiejko uniknęli aresztowania, rozpoczynając niebawem podziemną działalność antykomunistyczną.

 0

Czytaj także