Jerzy Paramonow. Morderca milicjanta stał się bohaterem podwórzowych ballad

Jerzy Paramonow. Morderca milicjanta stał się bohaterem podwórzowych ballad

Dodano: 
To jest robota Paramonowa
To jest robota Paramonowa Źródło: Zdzisław Olubczyński / Forum / Wprost
Jerzy Paramonow to złodziej i gwałciciel, który w 1955 roku zabił milicjanta, za co został skazany na śmierć. Morderstwo i przedłużający się pościg uczyniły Paramonowa bohaterem ulicznych piosenek.

1955 r., Warszawa. Zapada sierpniowy zmierzch. Ulicą Wolską idzie około 20-letni mężczyzna. Wygląda na robotnika z budowy – w ręku ma duży młotek. Nikogo to nie dziwi – stolica ciągle podnosi się z gruzów.

Jerzy Paramonow i atak na milicjanta

W pobliżu przystanku tramwajowego na rogu ulic Syreny i Wolskiej jedzie powoli rowerem dzielnicowy sierż. Stanisław Lesiński. Godzinę wcześniej było włamanie do Fabryki Płyt Gramofonowych przy Płockiej, milicjant ogląda teren. Gdy mija przechodnia z młotem, ten uderza go obuchem w głowę.

Sierżant upada na chodnik, jeszcze próbuje sięgnąć po swoją tetetkę, ale ciosy się powtarzają, zalany krwią traci przytomność. Gdy podbiegną ludzie, po bandycie nie ma już śladu. Zdążył ukraść dzielnicowemu pistolet służbowy z dwoma magazynkami amunicji.

Kim był Jerzy Paramonow?

Niezidentyfikowany napastnik to Jerzy Paramonow ze Skierniewic, syn kolejarza. Taki adres ma w dowodzie osobistym, ale od lat tam nie mieszka. Odkąd ojciec pijak zostawił matkę z sześciorgiem dzieci, chłopaka wychowywała ulica, skąd trafiał do więzienia. Pierwszy raz Paramonow był karany jako 14-latek. Potem jeszcze kilka razy lądował w celi, zawsze za to samo: kradzież. Tylko przedmioty się zmieniały: raz był to rower, kiedy indziej koń z bryczką, to znów skórzana kurtka.

Był już pełnoletni, gdy został skazany na sześć lat za gwałt. Dzięki amnestii wyszedł po odsiedzeniu połowy wyroku. Wtedy przygarnął go mieszkający w Warszawie szwagier – załatwił robotę magazyniera w Domu Książki. Skromna pensja 900 zł nie wystarczała łasemu na uroki beztroskiego życia kryminaliście. Zwykle w połowie miesiąca nie miał ani grosza i wtedy ratował się drobnymi kradzieżami. Ale w głowie miał plany poważnych włamań. Do tego potrzebny mu był pistolet.

Zraniony ciężkim młotkiem młody funkcjonariusz przeżył, ale stracił oko. W „Expressie Wieczornym” pojawiają się listy gończe. Niewiele w nich informacji, bo ofiara nie zapamiętała twarzy napastnika. Mimo to Paramonow postanawia wyjechać z Warszawy. Następnego dnia w Międzyborowie koło Grodziska Mazowieckiego tuż przed zamknięciem sklepu Gminnej Spółdzielni terroryzuje ekspedientkę pistoletem. Twarz ukrył za maską wyciętą z gazety. Zabiera 10 tys. zł i ucieka ukradzionym rowerem.

Artykuł został opublikowany w 48/2015 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0

Czytaj także