Wśród nocnej ciszy: Sprawa połaniecka. Krwawa rodzinna zemsta w Boże Narodzenie

Wśród nocnej ciszy: Sprawa połaniecka. Krwawa rodzinna zemsta w Boże Narodzenie

Dodano: 

Na wszelki wypadek Bojdowie postanowili zamknąć Stasiowi buzię. Usiłowali podstępem zawieźć go do przekupionego psychiatry, aby stwierdził u nastolatka ociężałość umysłową. Nie udało się. Wtedy Bojda zaproponował matce chłopca: – Jasia, damy ci nie 20 tys., tylko tyle, ile powiesz. Nie masz krowy, przyprowadzę do obory. Nie macie porządnych mebli, dostaniesz. Tylko ratuj Józka. – Wy sobie mną nie ścielta wygodnego łóżka, jak tu areszt czeka – odpowiedziała. Wtedy Bojda założył barani kożuch futrem na wierzch i tak przebrany wieczorem pogonił na czworakach Stasia w kierunku sadzawki, chcąc go utopić. Ale dopadły go zdziczałe psy i musiał się ratować przed ich kłami ucieczką. Potem czyjaś ręka raz po raz wrzucała do sieni chałupy rodziców Stasia drobne monety, jako judaszowe grosze. Albo wybijała szyby. Trwało to tygodniami. Ojciec Stasia całymi nocami czuwał z siekierą przy łóżku, sprawdzał, czy ktoś nie podpalił stodoły. Aż którejś nocy odebrał sobie życie. – Powiesił się na tle napięcia nerwowego – zeznała na policji jego żona.

Przysięgam na Matkę Boską

Już trzech mężczyzn ze Zrębiny siedzi za kratkami, aby nie utrudniali śledztwa. Wszyscy przekonują prokuratora, że nie było ich w miejscu wypadku. – Pasterkę przeleżeliśmy z żoną w łóżku – twierdził Józef Szymonik. – W pierwszy dzień świąt, gdy moja kobieta wróciła z kościoła, opowiadała mi, jak wyciągano Kaliciaków spod autobusu.

Bojda podał alibi: 24 grudnia oglądał telewizję. – Artystka wyszła z lewego rogu ekranu w chustce zarzuconej na ramię i śpiewała „Lulajże, Jezuniu…”. Na dowód, że mówi prawdę, przesłuchiwany przegryzł przy śledczym swój kciuk i krwią naznaczył protokół. Z kolei kierowca Suchy się załamał. Najpierw zeznał, że gdy pieszo wracali z pasterki (ktoś mu ukradł pekaes), wiatr wiał w oczy, trzeba było postawić kołnierz, więc niczego nie widział. Następnego dnia wyznał więziennemu strażnikowi: – Wszystko mnie dręczy, chcę powiedzieć prawdę. Gdy prowadzili go do prokuratora w drugim budynku, zobaczył na korytarzu siostrę, która krzyknęła: „Nic nie mów!”. I Suchy nabrał wody w usta.

Ale śledczy już byli na właściwym tropie. Po roku dochodzenia ustalono przebieg wydarzeń w wigilijną noc pod Połańcem. Znany był nawet motyw zabójstwa. Bogaty Jan Bojda latami nosił w sercu urazę do swego krewnego Ignacego Bukacza za wydanie go milicji po tym, gdy zgwałcił dziewczynę na pastwisku. Samego gwałtu nie kwestionował, ale uważał, że ojciec Zdzisławy Kality uczynił mu krzywdę na honorze. Gdy na weselu Krystyny jego siostra Zośka Szymonikowa została złapana na kradzieży, pierwszy gospodarz we wsi potraktował to jako kolejną zniewagę jego rodziny. Nie do darowania.

Wiedział, że Wacław Kalita, mąż Zdzisławy, spędzi Wigilię u siostry. Ściągnął z pobliskiego miasteczka do Zrębiny zięcia Pawła Górnego, który miał Fiata 125. Kazał mu zawieźć na pasterkę ich kobiety. Tradycyjnie w okolicach Połańca wiernych ze wsi podwożono przed północą do kościoła dwoma wynajętymi na tę okazję pekaesami. W 1976 r. jednym wozem kierował Boleslaw Suchy, drugim – Maciej Zimny. Jadący na pasterkę chłopi ucieszyli się, gdy Bojda wyciągnął bimber. Nim odezwały się kościelne dzwony, pasażerowie nie byli w stanie o własnych siłach wyjść z wozu. A Bojda ciągle dolewał. Łukaszkowie z Mieciem Kalitą przyjechali pod kościół drugim samochodem, w którym nikt nie pił. Poszli na nabożeństwo. Przed podniesieniem Bojda nakazał swej siostrzenicy, aby wywołała z kościoła Krystynę pod pretekstem, że jej ojciec awanturuje się w domu. Młoda Łukaszkowa uwierzyła i wyszła na dwór z mężem i bratem. Zobaczyli pekaes, ale bez kierowcy. Drugiego samochodu nie było, bo w tym czasie Bojda zaproponował uczestnikom popijawy wyjazd po bimber do sołtysa w Zrębinie. „Kalitowe dzieci” szły więc do swej wsi oddalonej od Połańca o 4 km pieszo, poboczem drogi. Tam dogonił je Fiat kierowany przez Górnego. Za samochodem osobowym przebijał się przez śnieżną zadymkę pekaes z podpitym towarzystwem, prowadzony przez Suchego. W pewnej chwili Fiat potrącił Miecia. Samochody stanęły. Na drogę wyskoczyli Bojda i jego szwagier Szymonik. Zaczęli bić Łukaszków. Gdy ciężarna Krystyna ze Stanisławem uciekali na łąki, Górny i Krupa zablokowali drzwi autobusu. Pasażerowie oglądali to, co działo się na zewnątrz, przez odmrożone chuchaniem szyby.

– Wujku, nie zabijaj mnie! – krzyczała Krystyna. Jej mąż z głową roztrzaskaną kluczem do przykręcania kół leżał nieruchomo w kałuży krwi. Miecio ze złamaną nogą na poboczu szosy z płaczem wzywał pomocy. Z wnętrza samochodu wszystko było widoczne jak na dłoni, bo mordercom przyświecał latarką Henryk Grabik. On też pomagał w przeciągnięciu ciała Krystyny bliżej autobusu… Po kilkunastu minutach Bojda polecił zięciowi, aby najechał na głowę chłopca. Naprowadzał go, wydając komendy: w lewo, prawo, do przodu. Po czym wszystkie trzy ciała wniesiono do pekaesu. Pasażerowie nadal milczeli.

Ujechali z pół kilometra i Bojda nakazał Suchemu się zatrzymać, aby upozorować wypadek drogowy i gwałt na Krystynie. Wyniesione zwłoki ułożono w rowie po prawej stronie drogi. Ciało kobiety zostało obnażone. Miejsce kierowcy w autobusie zajął Szymonik, który celowo przejechał po ofiarach rzekomego wypadku. Potem zepchnął autobus z drogi i jeszcze raz sprawdził ułożenie ciał (właśnie wtedy zobaczył go wracający do domu Stasio). Bojda polecił ludziom przejść do drugiego (pustego) autobusu, w którym za kierownicą czekał Piotr Zając. Zagroził, że jeśli komukolwiek pisną o tym, co się stało, spotka ich taki sam los. Wszyscy uklękli w autobusie i złożyli przysięgę na obrazek z Matką Boską, który Bojda trzymał wysoko nad głowami pasażerów. Następnie dawał do ucałowania medalik i różaniec. Każdemu, kto to uczynił, nakłuwał palec agrafką i odciskał krwawy ślad na kartce, aby przysięga nabrała mocy. W tym czasie zięć rozdawał ludziom pieniądze. Garściami, ile kto złapał. – Ludzie – mówił – trzeba teraz jechać do Połańca, żeby widzieli, że byliśta na pasterce. Grabika się podrzuci do kościoła w Burzowej. Zaśpiewa głośno pod chórem, to baby go zauważą. Wszystko odbyło się wedle planu. Gdy Suchy po pasterce wyszedł z kościoła, zaczął przeklinać, że ktoś mu zrobił kawał i ukradł pekaes. Trudno darmo, trzeba wszystkich upakować w jednym samochodzie. Ruszyli. Po kilkunastu minutach kierowca zahamował, bo dostrzegł w rowie porzucony autosan. Ktoś zauważył leżącą na drodze kobietę, a obok niej torebkę. Ale żaden z pasażerów nie pochylił się nad ofiarą wypadku. O drugiej w nocy zawiadomili posterunek MO w Połańcu.

Nie oświadczam się

Już na pierwszej rozprawie Jan Bojda usiłował zastraszyć Zdzisławę Kalitę. „A jak się będziesz czuć, Zdzisia, gdy ja wyjdę z więzienia, co?”. Na pytanie sędziego, czy rozumie, co mu się zarzuca, odpowiedział: „Nie oświadczam się”. I powtórzył te słowa, gdy pytano, czy będzie składał wyjaśnienia. Tak samo odpowiadali kolejni oskarżeni (nazajutrz większość relacji dziennikarskich miała ten sam tytuł „Nie oświadczam się”). Na następnych rozprawach jeden za drugim twierdzili, że ich przyznanie się do przestępstwa milicja wymusiła w śledztwie biciem.

Więcej możesz przeczytać w 51/2014 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0

Czytaj także