Jedno z najstraszniejszych ludobójstw w historii świata. Każdy mógł zabijać, torturować i gwałcić

Jedno z najstraszniejszych ludobójstw w historii świata. Każdy mógł zabijać, torturować i gwałcić

Dodano: 
Czaszki ofiar w Nyamata Memorial Site
Czaszki ofiar w Nyamata Memorial Site Źródło: Wikimedia Commons / CC BY-SA 3.0 / Fanny Schertzer
Ludobójstwo w Rwandzie to masakra plemienia Tutsi przez plemię Hutu, które trwało od 7 kwietnia do 2 lipca 1994 roku. W sto dni brutalną śmierć, często połączoną z wielokrotnymi gwałtami, poniosło od ośmiuset tysięcy do miliona osób.

Trudno zrozumieć tak niewyobrażalny akt nienawiści. Pozornie ludy Tutsi i Hutu tworzyli jedno państwo, zamieszkiwali wspólnie miasta i wioski, czasami byli członkami jednej rodziny. Dlaczego więc doszło do tak potwornej tragedii? Dlaczego z dnia na dzień sąsiad mordował sąsiada, a mąż pozwalał zabić swoją żonę? Podłoże, podobnie jak w innych tego typu przypadkach, stanowi skomplikowana historia. Żeby spróbować zrozumieć okoliczności ludobójstwa w Rwandzie, należy cofnąć się do czasów kolonialnych, kiedy nastąpił pierwszy rozłam między Hutu i Tutsi.

Ludobójstwo w Rwandzie: podłoże nienawiści

Tutsi byli ludem pasterzy i właścicieli wielkich stad. Hutu wiedli osiadły tryb życia i zajmowali się rolnictwem. Oba ludy łączyła wspólna kultura, język oraz religia. Niestety, od XVIII wieku podział na rządzących Tutsi i rządzonych Hutu był coraz większy, a przepaść między nimi się pogłębiała. Rządy kolonialne, najpierw niemieckie, a po I wojnie światowej belgijskie, utrwaliły go i to w postaci hermetycznego podziału rasowego. Przyczynili się do tego zwłaszcza Belgowie, którzy zastosowali podział na pasterzy – Tutsi, z których wywodzili się władcy oraz elita, a także rolników – Hutu, którzy mieli być ich klientami. Kategoryzacja klasowa podlegała teorii rasowej, która w tym czasie była modnym tematem wśród Europejczyków. Belgowie rozwinęli tzw. teorię chamicką, mówiącą o pasterskich ludach chamickich wywodzących się z Etiopii, które podbiły rolników i narzuciły im swoją zwierzchność. Rasistowski dyskurs przyczynił się zatem do wewnętrznego różnicowania plemion afrykańskich, aby uczynić jedno z nich dominującym – bardziej wartościowym rasowo, które jest zdolne współpracować z kolonistami. Przywilej ten przypadł Tutsi.

W roku 1933 wprowadzono przez belgijskich kolonizatorów karty identyfikacyjne, w których wpisana była przynależność grupowa. Dziedziczyło się ją zależnie od płci: dziewczynki przyjmowały pochodzenie matki, a chłopcy ojca. Karty przetrwały aż do 1994 roku. Okazały się znaczącą pomocą dla wojsk Hutu – ułatwiona identyfikacja sprzyjała w procesie ludobójstwa.

Po II wojnie światowej polityka Belgów zaczęła ewoluować. Nie mogli oni już opierać się wyłącznie na uprzywilejowanej społeczności Tutsi, która w tym przypadku stanowiła mniejszość. Skierowano się ku szerokim masom ludowym. Stopniowo zaczęto znosić przywileje ekonomiczne Tutsi, a Hutu rozpoczęto włączać w system szkolnictwa i nadawać im stanowiska w urzędach i Kościele. Nikt jednak nie mógł zatrzymać procesu dekolonizacji. Belgia powoli wycofywała się z afrykańskich prowincji, pozostawiając za sobą ogromny bałagan. Teraz dwa ludy, których nienawiść wobec siebie coraz bardziej narastała, zostały tak naprawdę bez nadzoru.

Ludobójstwo, które miało miejsce w 1994 roku, nie było pierwszym aktem niewyobrażalnej brutalności. W 1959 roku wybuchło powstanie Hutu, które wymknęło się spod kontroli. Doszło do pogromów Tutsi. Konsekwencją krwawego przewrotu było obalenie monarchii Tutsi i proklamowanie niepodległości 1 lipca 1962 roku. Nowe rządy dyskryminowały społeczność Tutsi, co spowodowało intensyfikację emigracji tej społeczności poza granice kraju. Każda próba odzyskania władzy przez ich partyzantkę kończyła się krwawym odwetem. Kolejna fala mordów powtórzyła się w 1972 roku w odwecie za bunt studentów Hutu w Burundi. Zginęło w tym czasie od 200 do 300 tysięcy Hutu, a wydarzeniom nadano miano „Holokaustu Burundi”. Śmierć ponieśli głównie cywile. Ze szczególnym okrucieństwem zabijano kobiety i dzieci. Ponadto Tutsi w Burundi postanowili wyeliminować elitę i inteligencję Hutu – zabijano wszystkich wyedukowanych członków tej społeczności, włącznie z uczniami szkół średnich.

W Rwandzie 5 czerwca 1973 roku wpływowy polityk Hutu generał Juvénal Habyarimana (1937-1994) przeprowadził udany zamach stanu w wyniku którego został dyktatorem. Dwa lata później ustanowił w Rwandzie ustrój jednopartyjny pod wodzą Narodowego Ruchu Rewolucyjnego na rzecz Rozwoju (fr. Mouvement Révolutionnaire National pour le Développement – MRND). W czasie jego rządów został utrzymany podział etniczny państwa. Faworyzował on mieszkańców północy i północnego zachodu, co tylko zaostrzało podział, zwłaszcza, że Hutu z tych regionów byli bardzo radykalni. Ponadto Habyarimana i jego otoczenie przejmowali zupełną kontrolę nad armią, wielkimi firmami, a nawet Kościołem.

Inwazja RPF i porozumienie w Arushy

Uchodźcy Tutsi, którzy zostali wypędzeni siłą ze swojej ojczyzny, odnaleźli azyl w krajach ościennych. Oprócz Burundi uchodźców przyjmował Zair (dzisiejsza Demokratyczna Republika Konga), Tanzania oraz Uganda. Zwłaszcza ostatnie z państw wyróżniało się wsparciem udzielonym Tutsi w tym trudnym czasie. Oni sami też nie byli obojętni względem sytuacji politycznej Ugandy. Tutsi poparli przeciwników drugiego reżimu Miltona Obote za co niestety spotkały ich konsekwencje w postaci pogromów. W 1986 roku popierany przez nich ruch odniósł zwycięstwo, a władzę objął Yoveri Museveni. Dzięki temu Tutsi mogli liczyć na cichą protekcję rządu ugandyjskiego wobec ich walki z reżimem Hutu. W następnym roku został tam powołany Rwandyjski Front Patriotyczny (ang. Rwanda Patriotic Front – RPF), na którego czele stanął Fred Rwigema, a jednym z jego głównych dowódców był Paul Kagame. Najważniejszym postulatem RPF było działanie na rzecz zjednoczenia narodu rwandyjskiego. Negowano wszelkie podziały etniczne oraz odwoływano się do haseł marksistowskich, które działały zwłaszcza na ubogich Hutu.